Blog > Komentarze do wpisu

Christopher Paolini "Eragon"

Nie jestem prawdziwą fanką gatunku fantasy, ale nie mam też nic przeciwko obcowaniu z dziełami tego rodzaju od czasu do czasu. W końcu pracę magisterską pisałam o "Hobbicie" Tolkiena, a film "Władca Pierścieni" jest jednym z moich ulubionych. Jednak tym, co przede wszystkim skłoniło mnie do przeczytania "Eragona", oprócz rekomendacji przyjaciółki, był fakt, że autor pisząc pierwszą część cyklu "Dziedzictwo" miał 15 lat. Byłam ciekawa, jak sobie poradził, i się nie zawiodłam. Paolini w tak młodym wieku stworzył fikcyjny świat, zamieszkany przez różne rasy, ze swoją historią i geografią, a nawet językami - założę się, że jest fanem Tolkiena :) Jest tu wszystko, co powinno się znaleźć w tego typu historiach: walka dobra ze złem, przyjaźń, miłość, zdrada, niebezpieczne przygody, straszne potwory, wyczerpujące wędrówki, zachwycające budowle - wymieniać można jeszcze długo. Wszystko dobrze trzyma się razem, akcja wartko się toczy, ale co najważniejsze - i tego też byłam najbardziej ciekawa - uczucia bohaterów są pokazane bardzo wiarygodnie, zarówno jeśli chodzi o powoli rozwijające się przywiązanie tytułowego bohatera do swojego rosnącego smoka, jak i rodzącą się w nim niemal niedostrzeżenie fascynację piękną i niezwykła dziewczyną, a także w innych mniej istotnych przypadkach (nie chcę za wiele zdradzać). Rzecz niezwykła dla tak młodego autora, dająca też nadzieję na dalszy rozwój jego umiejętności w kolejnych częściach, które na pewno przeczytam.

To, co udało się 15-letniemu chłopakowi, umknęło niestety twórcom ekranizacji. Właśnie kwestia uczuć tutaj została całkowicie zaprzepaszczona, przez co film wydaje się być sztuczny i nie współodczuwa się z bohaterami, tak jak w książce. Mimo dobrej obsady (Malkovich, Irons) i świetnych zdjęć, kręconych w słowackiej części Tatr, potencjał został zmarnowany. A przecież jest wiele zabiegów filmowych, które sprawiają, że - chociaż naturalny jest brak możliwości 'upchnięcia' w filmie wszystkiego, co jest w książce - da się jednak ocalić to, co najważniejsze, a przede wszystkim klimat i autentyczność. Tym bardziej, ze film Stefena Fangmeiera trwa tylko 1,5 godziny, a nie jest w naszych czasach rzeczą niezwykłą film 2-godzinny lub nawet dłuższy. Mojemu 14-letniemu synowi, chyba z racji wieku, film się podobał, ja jednak pozostanę przy książce :)

sobota, 14 lipca 2012, wwgnika

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: