Blog > Komentarze do wpisu

Stieg Larsson "Millennium", David Lagercrantz "Co nas nie zabije"

Od lat mam kłopoty z pamięcią. Czasami zadziwia mnie to, jak ważnych rzeczy nie pamiętam. Własnych doświadczeń, wyjazdów. Najbardziej sprawiają mi kłopot daty, nazwiska, wszelkie nazwy. Między innymi dlatego założyłam ten blog. Bo kocham czytać, ale nienawidzę tego, że umykają mi książkowi bohaterzy, zdarzenia, nazwiska autorów. Pozostają jakieś niejasne uczucia, związane z daną książką, ale tego mi często za mało. Chciałoby się wtedy przeczytać jeszcze raz, jednak przecież tyle jest jeszcze innych wołających, nieprzeczytanych, życia braknie na wszystkie. Utrwalam więc moje czytelnicze przygody za pomocą pisania o nich tutaj.

Bardzo rzadko zdarza się jednak tak, że książka zostaje w mojej pamięci, jakbym ją czytała wczoraj. Czy chodzi o to, że taka książka musi być arcydziełem pod każdym względem? Niekoniecznie, bo wiele wspaniałych ponadczasowych dzieł spowija w mojej głowie półmrok niepamięci. Co takiego zatem musi mieć książka, żebym ją tak dobrze zapamiętała? Pewnie nie ma uniwersalnej reguły, ale w przypadku cyklu "Millennium" są to niewątpliwie wyjątkowo wyraźnie nakreśleni główni bohaterzy. Za sprawą Mikaela Blomkvista, dziennikarza z powołania, który w swoim poszukiwaniu prawdy nie ugnie się przed żadnym naciskiem, a szczególnie za sprawą nietuzinkowej hakerki Lisbeth Salander straszny świat opisany przez Larssona staje się jakimś pociągającym miejscem i nie tylko żałuje się, że to już koniec czytania. Długo po przeczytaniu (czytałam w 2011) wszystko jest świeże w pamięci, jakby się nigdy nie przestało z tymi ludźmi obcować lub jakby byli realnymi osobami, które się kiedyś spotkało, które wywarły wpływ na twoje życie i z którymi potem straciło się kontakt. Są gdzieś na świecie i zawsze będziemy ich wspominać. 

Co zatem czuje się na wieść, że można z nimi jeszcze raz się skontaktować? Nie osobiście być może, ale na przykład przez FB dowiedzieć się, co u nich, jak potoczyło się dalej ich życie, czy są spełnieni, szczęśliwi, czy wręcz przeciwnie? Pamiętam chwile, kiedy po paręnastu latach odnajdywałam w sieci kolegów i koleżanki z klasy. Ten pierwszy kontakt po latach był niesamowity. Przede wszystkim sama możliwość dowiedzieć się np. że ktoś, kto marzył o życiu w Nowym Yorku, mieszka właśnie tam i tam też poznał swoją wybrankę, pochodzącą jednak z jego rodzinnego miasta, sama ta możliwość jest fascynująca. Czy taki odzyskany kontakt ma tę samą wartość, co relacje sprzed lat? Nie. Każdy poszedł już własna drogą. Czy zatem taki kontakt jest bezwartościowy? Też nie. Czasem jest całkiem miłym akcentem w nazbyt szybkiej i męczącej rzeczywistości, okazją do zadumy, możliwością rozstawienia wszystkich kropek nad "i". Nie wiem, czy to bardzo trafne porównanie, ale takim kontaktem po latach jest dla mnie kontynuacja "Millennium". Myślę, że nie mogę do końca zgodzić się ani z jej fanami, ani z tymi "potępiającymi" zarówno sam pomysł dopisania ciągu dalszego dzieła za wcześnie zmarłego Larssona, jak i jego wykonanie. Nie jest to Larsson i oderwana od trylogii książka by nie istniała, ale czy ktoś się naprawdę łudził, że będzie inaczej? Nie jest to też zbezczeszczenie oryginału. Nie mogę już się spotkać z Mikaelem i Lisbeth twarzą w twarz. Cóż, takie życie. Ale są tak wyjątkowi (oczywiście dzięki ich twórcy i nikomu innemu), że nie omieszkam pogadać z nimi wirtualnie. A co mi tam, nawet kolejne 10 razy (podobno notatek na tyle kolejnych tomów zostawił po sobie Larsson). 

 

Ekranizacja (szwedzka):

wtorek, 29 grudnia 2015, wwgnika

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: