O tym, co mam na półkach
piątek, 27 stycznia 2012

Podobno, zabić może każdy. Czy to prawda? Pewnie wielu chociaż raz zastanawiało się nad swoją zdolnością do odebrania życia innej osobie. Czy ja potrafiłabym to zrobić? Jeśli tak, to w jakich okolicznościach? W obronie własnej lub swojej rodziny? Kiedy liczą się sekundy i działamy pod wpływem instynktu samozachowawczego, nie wydaje się to być niemożliwe. Ani łatwe, oczywiście. Ale jeśli nie będzie chodziło o sekundy, ani nawet minuty? Czy potrafiłabym zaplanować morderstwo? Pierwsze odczucie jest niezachwianie negatywne. A gdybym nie widziała innego wyjścia? Nie żyła w cywilizowanym kraju teraz, albo w epoce, kiedy kobiety świetnie (często lepiej od mężczyzn) radzą sobie z problemami, tylko w okolicznościach, gdy byłabym zdana sama na siebie? Czy potrafiłabym zabić wtedy? I w jakiej sytuacji rozważałabym jeszcze, czy wystarczająco zamknęłam na wszystkie spusty własne sumienie, a w jakiej - czy mam już dość odwagi? Nie jestem pewna odpowiedzi na wszystkie te pytania, mam jednak do tej zagadki mały kluczyk, którego nie ujawnię, by ten wpis nie stał się spoilerem. Powiem tylko, że Dolores miała ten sam. I zabiła. Ale rzecz nie w tym, że to zrobiła - przyznaje się do tego zaraz na początku powieści. Rzecz w tym, by poznać, jak do tego doszło i dlaczego. I wyobrazić potem siebie na jej miejscu...

W odróżnieniu od książki film mnie, niestety, nie zachwycił. I to pomimo dobrze zagranej roli Dolores przez lubianą przeze mnie Kathy Bates. Razem z mężem źle odebraliśmy przeniesienie sporej części akcentów z matki na córkę, które stworzyło tym samym trochę inną opowieść. Na tyle inną, że będąc świeżo po przeczytaniu, nie potrafiliśmy się wczuć, krzywiąc się na brak w filmie bardzo istotnych elementów, które King zgrabnie przeplatał, snując tę smutną historię...

piątek, 13 stycznia 2012

created by: http://www.mpl.org/

taken from: http://paval-abramovi4.livejournal.com/102599.html#cutid1

wtorek, 10 stycznia 2012

Książkę przesłuchałam, bo w naszej miejskiej bibliotece jej nie ma (!). Jest z tych, które i tak kiedyś kupię, mimo, że przeczytałam i obejrzałam film. Albo może ktoś kiedyś da mi w prezencie :)

Pewnie większość osób czytających blogi o książkach, a tym bardziej piszących takie blogi ma tę pozycję dawno zaliczoną. Ale gdyby zabłąkał tu ktoś, kto się z nią jeszcze nie zetknął - parę słów o tej powieści.

Żadna to sensacja, kryminał, wartka akcja itd. Rzecz rozwija się powoli, dzieje się, zwłaszcza na początku, niby niewiele, ale detal po detalu poznajemy małe miasteczko Jackson w Missisipi i życie jego piękniejszej połowy - od najbardziej wpływowych białych żon i działaczek poprzez żony białe, ale nieistotne dla tych pierwszych aż po czarne służące (kogo to obchodzi żony czy też nie?). Lata 60te ubiegłego wieku w USA to nie tylko czas segregacji rasowej, ale i czas, kiedy żona musiała być piękna, modna, zawsze uśmiechnięta, działająca w organizacjach społecznych (np. zbierając pieniądze dla biednych murzynków z Afryki, mniejsza że nienawidzi tych, co mieszkają w tym samym mieście), wspierająca męża i mająca idealny dom i zadbane dzieci. Czas, kiedy kobieta musiała też być żoną. Nie dziwi mnie, że te młode dziewczyny potrzebowały pomocy (ang. tytuł The Help lepiej oddaje to znaczenie, jakie miały czarne służące w białych domach). W gruncie rzeczy wszystkie tu są ofiarami - i te białe, uwięzione w pułapce własnych stereotypów, i te czarne, zmuszone pozostawić własne dzieci w domu pod opieką starszego rodzeństwa, by wychowywać białe dzieciaki często niekochane przez własne matki. Nie było jednak tak jednakowo beznadziejnie w każdym domu. Jak i wszędzie, niektórzy nie ulegali stereotypom, biali pracodawcy wspierali swoje czarne pracownice, często dokonując wzruszających wręcz gestów, a one na zawsze pozostawały im wierne i wdzięczne. Ale tak jak nie mówiło się głośno o problemach segregacji, tak też nie wspominano na forum publicznym o tych gestach wzajemnej dobroci, w istocie zwyczajnej dobroci ludzkiej. Żeby poruszyć to bagienko, żeby przeciwstawić się całemu społeczeństwu, trzeba było odwagi i determinacji. To oczywiste. Ale przede wszystkim trzeba było odwagi w relacjach z samą sobą, szczerości wobec siebie samej, wiary, że "w świecie, w którym można być kimkolwiek, najlepiej być sobą". I to już problem ponadczasowy i dotyczący wszystkich ludzi bez wyjątku. Dlatego książkę polecam nie tylko kobietom.

Bardzo mi się podobał zabieg użyty przez autorkę, czyli wprowadzenie trzech narratorek. Jedna młoda odważna biała kobieta i dwie nie tak młode, ale nie mniej odważne czarne przedstawiają różne punkty widzenia na te same wydarzenia, co daje poczucie "słyszalności" myśli postaci (kiedy mamy jednego narratora, słyszymy myśli tylko jego jednego). Dodatkowym atutem polskiego audiobooka jest pięknie wykonana praca trzech polskich aktorek - Anny Seniuk, Anny Guzik i Karoliny Gruszki. Użyczyły one trzem narratorkom swoich głosów, znakomicie odczytując tekst powieści.

Nie zawiódł również i film. Ciekawe kreacje, nowe twarze, pełno humoru i wszystko współgra z książką, czego lubiący czytać chyba zawsze wymagają od ekranizacji.

Dla mnie uczta pod każdym względem!

P.S. Coś czego siłą rzeczy brakło w filmie, a jest bardzo ważne. Podziękowanie autorki skierowane na końcu książki do czarnej służącej, która pracowała dla jej własnej rodziny przez 50 lat, było dla mnie chyba najbardziej wzruszające... Oto fragment wywiadu z Kathryn Stockett na ten temat (in English):

czwartek, 03 listopada 2011

Dzisiaj, jak wiadomo, zaczynają się Targi Książki w Krakowie. Każdy, kto tam trafi, pewnie znajdzie coś ciekawego dla siebie. Tak mi się wydaje, bo nigdy tam nie byłam i w tym roku to też się nie zmieni. Jednak nawet siedząc przed komputerem znalazłam dużo ciekawego. Oto moja lista bardzo subiektywna:

• Goście z Białorusi: Ihar Babkou (Stoisko E23), Andrej Chadanowicz (Stoisko E23 i Pałac pod Baranami, Rynek Główny 27), Artur Klinau (Stoisko E23), Uładzimir Niaklajew (Pałac pod Baranami, Rynek Główny 27). Stoisko E23 należy do Kolegium Europy Wschodniej im.
J. Nowaka-Jeziorańskiego - Niezależna Białoruś, Kraków. Andrej Chadanowicz oraz Uładzimir Niaklajew biorą udział także w Conrad Festival.

Salon Nowych Mediów oraz ebook cafe

• Konkursy: Książka Audio Roku 2010 (wyniki dzisiaj), Literacki Blog Roku (wyniki 6 listopada, kibicuję Miastu Książek), Najlepsza książka na jesień (wyniki 6 listopada), Historia zebrana. Konkurs i plebiscyt na najlepszą książkę historyczną (update: wyniki nominacje dzisiaj, wyniki do 22 listopada), „Lista Goncourtów: polski wybór” 2011 (wyniki 5 listopada), Papierowy ekran (wyniki 5 listopada),

• No i premiery.

Dużo pewnie pominęłam – z braku czasu, nie ciekawości :(

niedziela, 30 października 2011

Książkę kupiłam po przeczytaniu wpisu Kasi Eire i przeczytałam jeszcze w maju. Zaległości mam duże i właśnie zaczynam nadrabiać. "Chichot..." jest bardzo sympatyczną opowiastką o kilku miesiącach z życia Joanny, która z nowoczesnej i chłodnej bizneswoman staje się stopniowo pełną ciepła i troskliwą kobietą. Generalnie te cechy były w niej chyba tylko uśpione, a by je obudzić, trzeba było jedynie wpuścić do swojego świata innych ludzi. Owszem, łatwiej wtedy zostać zranionym, ale i korzyści, jeśli się zaryzykuje, są wielkie. Niby wszyscy o tym wiemy, ale często lęk przed cierpieniem z powodu otwarcia na innego człowieka jest tak duży, że żadne domniemane korzyści nie kuszą. Spotkałam się nie raz z takim przypadkiem i stwierdzam, że trudno jest obcować z takimi ludźmi, wręcz czasami boleśnie, bo w tym swoim strachu żyjąc, potrafią (nieświadomie?) skrzywdzić tego, kto wyciąga pomocną dłoń wiele razy i zostaje zignorowany. Wracając jednak do "Chichotu" - książka idealna jest na podróż lub sobotni wieczór, w celu zapomnienia na chwilę o codzienności. Czyta się przyjemnie, przemiana bohaterki jest wiarygodna, czego jeszcze chcieć?

W ramach tego (mojego pierwszego) wyzwania postanowiłam przeczytać następujące książki:

Te, które udało mi się przeczytać i zrecenzjować są podlinkowane, a linki prowadzą do moich recenzji. "Noc i ciemność" niestety okazała się poza moim zasięgiem (polowałam w pobliskiej bibliotece wiele razy), natomiast "Wieczór Trzech Króli" przeczytałam, ale nie zrecenzjowałam. Głównie z braku czasu, ale też i dlatego, że zdecydowanie mniej mi przypadła do gustu, niż "Sen mocy letniej". Poza tym, świetną jej recenzję napisała na tym blogu j.szern, do której ciekawych odsyłam.

 

Bardzo się cieszę, że wzięłam udział we współpisaniu tego blogu, z przyjemnością czytałam wszystkie wpisy i z pewnością wezmę jeszcze udział w czymś takim w przyszłości.



środa, 21 września 2011


To bardzo wyjątkowe dla mnie 4 książki. To wspomnienia z dzieciństwa, które można wziąć do ręki, otworzyć i w nich utonąć. Odzyskane po latach dzieki mojej kochanej siostrze...

2-tomowe wydanie wybranych utworów Zoszczenki wygrałam na ulicznej loterii w Grodnie w roku 1984 - miałam 7 lat i byłam z siebie taka dumna! Dodam, że losami nie były wyłącznie książki, było mnóstwo innych rzeczy, ale ja już wtedy wiedziałam, co jest dobre ;) zwłaszcza, ze od 2 lat już samodzielnie czytałam. Opowiadanie "Баня" ("Łaźnia") przeczytałam w te wakacje na głos ojcu i siostrze - uśmialiśmy się do łez! Pozostałe utwory muszę przeczytać ponownie - niestety, nie pamiętam zbyt dużo.

Więcej zapamiętałam z "Baśni i legend" Doroszewicza, przeważnie egzotycznych, coś jak baśnie 1001 nocy, ale niosących zawsze głeboki filozoficzny sens. Przeczytałam kiedyś tę książkę chyba ze 20 razy...

Ostatnia - opowiadania fantastyczne różnych autorów - nie jest tym samym ekzemplarzem, który towarzyszył mi dawno temu, ale jest identyczna. Jak jeszcze sie obchodziliśmy bez Internetu, żałowałam, że nie pamiętam autora mojego ulubionego opowiadania - w te wakacje "Ogień i lód" Raya Bradbury'ego przeczytałam ponownie z wielką przyjemnością, która stała się też udziałem mojej siostry.

Dobrze mieć te kawałki dzieciństwa przy sobie...

 

P.S. Ciekawe, kto z was słyszał o Zoszczence czy Doroszewiczu - przez moje 17 lat w Polsce ani razu nie padło żadne z tych nazwisk.

piątek, 08 kwietnia 2011

Chyba niezbyt szczęśliwie się składa, że jest to lektura dla gimnazjum. Zapytałam córkę, czy jej się podobało, to przewróciła oczami i wyjęczała "beznadziejne!". Trudno mi ją winić tutaj za cokolwiek, skoro sama przeczytałam dopiero teraz. Ot, miałam w czasach  szkolnych taki okres buntu, kiedy czytałam książki tylko i wyłącznie białoruskie, którym w szkole mało poświęcano uwagi. Nie żałuję absolutnie, że je czytałam. Szkoda jednak, że nie czytałam też innych. Chociaż z drugiej strony - pewnie gdybym wtedy przeczytała "Starego człowieka", wyjęczałabym to samo, co córka. Nic się nie dzieje, stary kubański rybak Santiago wyrusza w morze, by dorwać większą sztukę, nie wiadomo, po co się męczy, a przy tym gada do siebie. Tak bym wtedy to odebrała niechybnie. A teraz? Trochę się zmieniło od tamtych czasów: czytając, popadałam w jakiś trans i czułam, że wszystko mnie w tej historii urzeka - i szacunek do starego ze strony wdzięcznego chłopaszka, i walka o swoje pomimo ograniczeń wieku, a już szczególnie ta gadanina do siebie, tak dużo mówiąca o charakterze bohatera. Już nie jestem nastolatką z głową w chmurach, co raz bliżej mi do refleksji na temat starości i umierania, już nie raz czuję, że fizycznie nie potrafię pewnych rzeczy, które kiedyś przychodziły z łatwością. Patrzę na staruszków wokół i zastanawiam się, co jest  w tym wieku gorsze: niemoc fizyczna czy psychiczna, nie daj Panie obu naraz! Starość, która na nas czeka (jeśli czeka), jest niepokojącą tajemnicą, a bycie obciążeniem dla bliskich, często upokorzenie, nie napawa optymizmem. Z drugiej strony mnóstwo jest wspaniałych przykładów godnej starości i staruszków wzruszająco młodych duchem! Bohater pewnej białoruskiej książki twierdził, że nie jesteśmy naprawdę starzy dopóki interesujemy się tym, co nowe, i chcemy się jeszcze czegoś nauczyć. Stary człowiek Hemingwaya pewnie by powiedział, że nie jesteśmy naprawdę starzy, dopóki chcemy złapać tę naszą rybę i gotowi jesteśmy z nią i o nią walczyć. Obyśmy mieli tyle sił, co Santiago!

piątek, 11 marca 2011

Jerry Burton, lotnik po ciężkim wypadku,  i jego siostra Joanna udają się na głuchą wieś, do spokojnego Lymstock, by Jerry mógł spokojnie dochodzić do siebie, niczym się nie przejmować i koniecznie się nudzić. Nie będzie mu to jednak dane, a wszystko zacznie się od paskudnych anonimów, a skończy się dużo bardziej skomplikowanie. Panna Marple nie pojawi się od razu, ale oczywiście będzie niezbędna do rozwikłania zagadki.

Tym razem zostałam całkowicie wpuszczona w maliny i nawet nie podejrzewałam, jak się sprawy mają naprawdę. Pocieszyłam się jednak tym, że intrygę zgoła nie kryminalną, jak i jej rozwiązanie, przewidziałam od pierwszej sceny :)

Książka ujęła mnie specyficzną atmosferą małej angielskiej miejscowości, gdzie wszyscy się znają i wszystko o wszystkich wiedzą (albo tak się wydaje). Nie wiedzieć czemu (w końcu sprawy nieprzyjemne toczyły się swoim torem) aż się chciało tam przenieść, właściwie czułam się, jakbym juz tam była, obserwowała utarte zwyczaje i podglądała wyraziście obmalowaną przez autorkę plejadę ciekawych postaci. Specyficzny klimat, tchnący angielskością i "sielskością", sprawił, że "Zatrute pióro" podobało mi się jak dotąd najbardziej z ostatnio czytanych powieści Lady Agaty.

 

wtorek, 08 marca 2011

Napis oznacza: "Czytanie nie szkodzi. Szkodzi nieczytanie."

 

Autor - A. Gorbunova (Анастасия Горбунова)

Originally posted at Лучшая социальная реклама чтения

środa, 23 lutego 2011

Ostatnio wzięło mnie jakoś na filmy krótkometrażowe. Tym razem proponuję 2 filmy, które mi się jakoś ze soba skojarzyły. Pierwszy jest dziełem znanego Tomasza Bagińskiego, drugi nieznanej mi z imienia młodej dziewczyny z Wielkiej Brytanii, uczestniczki festiwalu filmów na Manhattanie. Są tak krótkie i sugestywne, że komentarz zbędny. Wystarczy obejrzeć.

 

Dzisiaj o 2 bajkach, które bardzo się spodobały mnie i mojej rodzinie. Wymagająca widownia, oprócz mnie i męża, składała się z 15-latki, 13-latka i tego najbardziej wymagającego, czyli 1,5-rocznego bobasa :) Trafić w tak rozbieżne gusta nie jest łatwo, ale bajki egzamin zdały, a świadczy o tym ilość powtórnych odtwarzań (co dla rodziców już nie jest takie zabawne).

Od razu się przyznam, że pierwszą część ogłądałam kątem oka, a drugiej wcale. W niczym to jednak nie przeszkodziło. Historia się zaczyna od wybiegu zastosowanego przez zabawki Andy'ego, by zwrócić na siebie jegoż uwagę. Niestety, bezowocnego - Andy ma 17 lat i właśnie zamierza opuścić dom rodzinny, by wyjechać na uczelnię. Co się stanie z jego zabawkami? Zostaną sprzedane, oddane komuś innemu, przerzucone na strych czy zwyczajnie wyrzucone? Tak czy inaczej, przygód będą miały wiele. Przede wszystkim jest zabawnie, ale i łezka w oku się może zakręcić - córka i ja uroniłyśmy swoją porcję, i chociaż powód niby ten sam, jednak spojrzenia na niego trochę różne: ona właśnie wkroczyła w ten niepewny okres, co się znajduje między dzieciństwem a dorosłością, ja zaś już przeczuwam szybkie jej wyfrunięcie z domowych pieleszy...

Jeśli chodzi o Shreka, to jedynka była świetna, dwójka możliwa, a trójka pozostawiała do życzenia. Tak już bywa, że najlepsza część historii odbywa się zanim padną słowa "żyli długo i było im zielono". By kolejna część się udała, należałoby się cofnąć do czasu sprzed tych słów. Tak właśnie jest w czwartej części. I słusznie.

niedziela, 20 lutego 2011

Polecam film krótkometrażowy irańsko-kanadyjskiego reżysera i poety Hosseina Martina Fazeli'ego (pierwszy raz dzisiaj o nim usłyszałam, a jest obsypany przeróżnymi nagrodami za swoją twórczość). Film nosi tytuł "Koszulka", traktuje o tolerancji i jest, moim zdaniem, ze wszech miar godzien obejrzenia!

sobota, 19 lutego 2011

Od wypadku w dzieciństwie Jeanne nie pamięta niczego, co było przed tym wypadkiem. W poszukiwaniu wspomnień usiłuje napisać powieść autobiograficzną. Pisaniu towrzyszą dziwne rzeczy: kobieta przestaje poznawać swoje mieszkanie, męża, dzieci, matkę. A nawet siebie. Jej ciało się zmienia, czuje się zagubiona i nierozumiana, bo otoczenie zdaje się nie zauważać, że coś jest nie tak. Bliscy powtarzają jej, by nie grzebała w przeszłości, nie oglądała się.

Rolę Jeanne zagrały Sophie Marceau i Monica Bellucci (ponieważ aktorki są dwie, widz może obserwować zmiany w jej ciele, czasem jest to Marceau, czasem Belucci, a czasem dziwna mieszanka obu). Nie mogąc ze sobą poradzić, bohaterka postanawia odkryć prawdę za wszelką cenę.

Najbardziej się bałam, że jest po prostu chora psychicznie, a wtedy całe oglądanie by było na nic, bo jakoś tak pragnęłam innego wytłumaczenia. Muszę powiedzieć, że nie tylko się nie zawiodłam, ale byłam bardzo mile zaskoczona. To, co oglądamy jako urojenia lub jakieś zjawiska nadprzyrodzone, znajduje bowiem logiczne wyjaśnienie. Oczywiście, nie powiem jakie. Kiedy już wiedziałam, o co chodzi, stwierdziłam, że cała historia została pięknie przedstawiona, łącząc na końcu niejednoznaczność i pewną dowolność interpretacji z wyraźnie optymistycznym przesłaniem. Po obejrzeniu na jakiś czas popadłam w lekką zadumę.  I to właśnie lubię, że niektóre filmy mają na mnie taki wpływ...


 
1 , 2 , 3
Zakładki:
0. W planach
1. Czytam teraz
2. Przeczytane w 2012
3. Przeczytane w 2011
4. Przeczytane w 2010
5. Przeczytane w 2009 lub wcześniej
6. Różne słowniki, encyklopedie etc
Czytam innych
Filmy
Filmy ulubione
Seriale

ARCHIPELAG