Zakładki:
0. W planach (to, czego nie ma na lubimyczytac.pl)
1. Przeczytane w 2015
2. Przeczytane w 2009 lub wcześniej
2. Przeczytane w 2010
2. Przeczytane w 2011
2. Przeczytane w 2012
2. Przeczytane w 2013
2. Przeczytane w 2014
3. Słowniki etc
4. Poradniki
Czytam innych
Filmy
Filmy ulubione
Od zmierzchu do świtu
Seriale

wtorek, 29 grudnia 2015

Od lat mam kłopoty z pamięcią. Czasami zadziwia mnie to, jak ważnych rzeczy nie pamiętam. Własnych doświadczeń, wyjazdów. Najbardziej sprawiają mi kłopot daty, nazwiska, wszelkie nazwy. Między innymi dlatego założyłam ten blog. Bo kocham czytać, ale nienawidzę tego, że umykają mi książkowi bohaterzy, zdarzenia, nazwiska autorów. Pozostają jakieś niejasne uczucia, związane z daną książką, ale tego mi często za mało. Chciałoby się wtedy przeczytać jeszcze raz, jednak przecież tyle jest jeszcze innych wołających, nieprzeczytanych, życia braknie na wszystkie. Utrwalam więc moje czytelnicze przygody za pomocą pisania o nich tutaj.

Bardzo rzadko zdarza się jednak tak, że książka zostaje w mojej pamięci, jakbym ją czytała wczoraj. Czy chodzi o to, że taka książka musi być arcydziełem pod każdym względem? Niekoniecznie, bo wiele wspaniałych ponadczasowych dzieł spowija w mojej głowie półmrok niepamięci. Co takiego zatem musi mieć książka, żebym ją tak dobrze zapamiętała? Pewnie nie ma uniwersalnej reguły, ale w przypadku cyklu "Millennium" są to niewątpliwie wyjątkowo wyraźnie nakreśleni główni bohaterzy. Za sprawą Mikaela Blomkvista, dziennikarza z powołania, który w swoim poszukiwaniu prawdy nie ugnie się przed żadnym naciskiem, a szczególnie za sprawą nietuzinkowej hakerki Lisbeth Salander straszny świat opisany przez Larssona staje się jakimś pociągającym miejscem i nie tylko żałuje się, że to już koniec czytania. Długo po przeczytaniu (czytałam w 2011) wszystko jest świeże w pamięci, jakby się nigdy nie przestało z tymi ludźmi obcować lub jakby byli realnymi osobami, które się kiedyś spotkało, które wywarły wpływ na twoje życie i z którymi potem straciło się kontakt. Są gdzieś na świecie i zawsze będziemy ich wspominać. 

Co zatem czuje się na wieść, że można z nimi jeszcze raz się skontaktować? Nie osobiście być może, ale na przykład przez FB dowiedzieć się, co u nich, jak potoczyło się dalej ich życie, czy są spełnieni, szczęśliwi, czy wręcz przeciwnie? Pamiętam chwile, kiedy po paręnastu latach odnajdywałam w sieci kolegów i koleżanki z klasy. Ten pierwszy kontakt po latach był niesamowity. Przede wszystkim sama możliwość dowiedzieć się np. że ktoś, kto marzył o życiu w Nowym Yorku, mieszka właśnie tam i tam też poznał swoją wybrankę, pochodzącą jednak z jego rodzinnego miasta, sama ta możliwość jest fascynująca. Czy taki odzyskany kontakt ma tę samą wartość, co relacje sprzed lat? Nie. Każdy poszedł już własna drogą. Czy zatem taki kontakt jest bezwartościowy? Też nie. Czasem jest całkiem miłym akcentem w nazbyt szybkiej i męczącej rzeczywistości, okazją do zadumy, możliwością rozstawienia wszystkich kropek nad "i". Nie wiem, czy to bardzo trafne porównanie, ale takim kontaktem po latach jest dla mnie kontynuacja "Millennium". Myślę, że nie mogę do końca zgodzić się ani z jej fanami, ani z tymi "potępiającymi" zarówno sam pomysł dopisania ciągu dalszego dzieła za wcześnie zmarłego Larssona, jak i jego wykonanie. Nie jest to Larsson i oderwana od trylogii książka by nie istniała, ale czy ktoś się naprawdę łudził, że będzie inaczej? Nie jest to też zbezczeszczenie oryginału. Nie mogę już się spotkać z Mikaelem i Lisbeth twarzą w twarz. Cóż, takie życie. Ale są tak wyjątkowi (oczywiście dzięki ich twórcy i nikomu innemu), że nie omieszkam pogadać z nimi wirtualnie. A co mi tam, nawet kolejne 10 razy (podobno notatek na tyle kolejnych tomów zostawił po sobie Larsson). 

 

Ekranizacja (szwedzka):

sobota, 19 września 2015

 

Książka - wydana przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu oraz będąca projektem finansowanym w ramach programu pomocy zagranicznej MSW RP w 2006 r. -  jest zbiorem artykułów na temat Białorusi, zarówno jeśli chodzi o jej historię najnowszą (1994-2006), jak i kwestie starsze. Autorzy, w większości znane postacie życia publicznego Białorusi, reprezentują różne opinię i poglądy, co jest zawsze ciekawe dla zainteresowanych. Grupa docelowa to osoby związane z kwestią białoruską zawodowo, hobbistycznie lub emocjonalnie. Również Białorusini znajdą tu wiele ciekawych informacji, ja przykładem. Szczególnie interesujące dla mnie osobiście było porównywanie prognoz co do dalszego rozwoju państwa białoruskiego czynionych w roku 2006 z tym, co faktycznie nastąpiło.

 

Spis treści:

Wstęp (Mikołaj Iwanow)

Aleksander Milinkiewicz, Białoruska droga do demokracji

Stanisław Szuszkiewicz, Jeśli związek to tylko z czystymi rękoma. Zjednoczona białoruska opozycja a układ związkowy z Rosją

Aleksander Kazulin, Białoruś między demokracją a totalitaryzmem

Aleksander Wojtowicz, Dzisiejsza Białoruś: aspekt polityczny i ekonomiczny. Spojrzenie w przyszłość

Mikołaj Iwanow, Czynnik polski w kształtowaniu społeczeństwa obywatelskiego Białorusi w XX wieku

Leonid Złotnikow, Białoruski model ekonomiczny: geneza i tendencje rozwoju

Wiaczesław Chodosowski, Niezależne środki masowej informacji Białorusi: stan obecny i perspektywy

Tadeusz Gawin, Historia niszczenia niezależności Związku Polaków na Białorusi (1988-2005)

Oleg Buchowiec, Stan i perspektywy integracji Republiki Białoruś i Federacji rosyjskiej w oczach przeciętnego Białorusina

Eugeniusz Mironowicz, Polityczne konsekwencje wyborów parlamentarnych i prezydenckich na Białorusi w latach 200-2001

Mariusz Patelski, Generał Stanisław Bułak-Bałachowicz - kontrowersje wokół postaci

Andrzej Kłoś, Piłsudski i Białorusini

niedziela, 13 września 2015

Natalka Babina jest białoruską dziennikarką oraz autorką zbioru opowiadań i niniejszej powieści czyli mimo dojrzałego wieku pisarka to początkująca. Nie widać tego bynajmniej w „Mieście ryb” (opowiadania dopiero mam zamiar przeczytać). Powieść łączy elementy prozy kobiecej, kryminału, powieści przygodowej oraz obyczajowej i każdy wątek jest wart uwagi, język jest soczysty, akcja wciąga, a całość zostawia ten szczególny posmak po przeczytaniu, kiedy przez kolejne dni od ukończenia książki ma się wrażenie, że jej świat jeszcze brzmi gdzieś w środku ciebie.

Jest rok 2012, który wobec momentu wydania książki jest przyszłością. Mała, umierająca już białoruska wieś Dobratycze przy samej granicy z Polską, staje się tłem dla historii opowiadanej przez główną bohaterkę, Ałkę, kobietę 50-letnią, po przejściach, ciężko doświadczoną przez życie, ale nie pozbawioną ciętego humoru, autoironii i animuszu. Rok 2012 w powieści to czas, kiedy prezydent Łukaszenka jest już przeszłością, jednak jego następca i życie za jego rządów do złudzenia przypominają obecną Białoruś. Zabieg zrozumiały, i choć niezbyt skomplikowany, okazał się skuteczny – książkę na Białorusi wydano.

Charakter Ałki definiuje „kobiecość” tej powieści inaczej, niż może to nam się kojarzyć. O nie, żadnej romantyki, serduszek ani westchnień. Proza życia, twardy realizm, ale i brak kompleksów. Czasem jest trochę wulgarnie, w komentarzach czytałam o oburzeniu pierwszym rozdziałem – po co aż tak? A fe! itd. Dla mnie to było raczej coś w rodzaju: „oj, a to coś nowego!”, jakoś tak mi świeżością powiało, wbrew temu, co jest opisywane ;) .

W opozycji do powyższego stoją wątek umierania małych wsi, aktualny nie tylko dla Białorusi, oraz bardzo ciekawy zabieg wprowadzenia „nor w czasie”, przez które Ałka trafia do dawnego Brześcia (miasta ryb) i obserwuje życie swoich przodków. Tutaj jest pełno nostalgii, wręcz poezji, opisy są bardzo sugestywne, miałam wrażenie, że oglądam film, a nie czytam.

Akcja jest wartka, trudno mi było się oderwać, ale najbardziej urzekły mnie właśnie połączenie realizmu i poetyckiej tęsknoty za tym, co przeminęło, prawdziwość tej książki, ten brak „przypudrowania”, bo klniemy, kiedy należy przeklnąć, i płaczemy, kiedy jest nad czym. Jak w życiu.

czwartek, 25 czerwca 2015

Kończy się rok (przed)szkolny. Dla najmłodszego syna (i dla mnie ze względu na niego), to był ciekawy książkowo rok. Otóż zaczęliśmy czytać pierwszą dużą książkę - "Nowe przygody Mikołajka". Bałam się, że niecałe 6 lat to za wcześnie, że duża objętość, a mała ilość obrazków zniechęcą, ale na szczęście nic podobnego! Jest to czysta przyjemność, jak dla mnie, tak i dla Szymka. Co napawa mnie nadzieją, a lista wspólnych lektur na przyszłość stale się wydłuża. 

 

Poza tym, zaliczony wyjazd do teatru. Dla małych mieszkańców małych miejscowości to nie byle wydarzenie! A wrażenia ze spektaklu "Trzy świnki" zostały utrwalone na rysunku, dość nietypowym dla naszego młodego artysty ze względu na dobór kolorów :)

 

No i do tego doświadczyłam czegoś bardzo ciekawego w czasie wspólnej z Szymonem podróży do Łodzi. Bowiem po raz pierwszy widziałam małe dziecko zachwycone pomnikiem pisarza. Zazwyczaj to tylko jakiś facet, co tam oglądać. Ale ciekawa forma pomnika i rzucone przeze mnie hasło, że to pan Tuwim, który wymyślił "Lokomotywę" (uwielbiamy!), sprawiły, że oczy się dziecku zaświeciły. I pozę do zdjęcia zwykle nieuchwytny Szymek wymyślił sam :)

Udany zatem kulturowo rok szkolny nastraja mnie optymistycznie na udane wakacje, czego też wszystkim mającym szansę odpoczynku i tym trochę bardziej poszkodowanym życzę :)

 

wtorek, 23 czerwca 2015

Trzecia część serii o Cmentarzu Zapomnianych Książek jest najmniej samodzielna wśród trzech dotychczas wydanych. Czepiam się dlatego, że we wstępie do każdej części napisano o tym, że można każdą z tych książek czytać osobno, bo są całością samą w sobie. Otóż tak nie jest. Pytanie, czy to komuś przeszkadza. Myślę, że nie. Kto nie dał się złowić w sieci "Cienia wiatru", nie dotrze pewnie tak daleko. Kto zaś polubił tę serię z przyjemnością będzie kontynuował podróż po mrocznej Barcelonie ubiegłego wieku. "Więzień" jest klamrą spinającą wątki poprzednich części. Dowiadujemy się, skąd wziął się Fermin i jaki ma związek z Davidem Martinem, główną postacią "Gry anioła". Trochę się cofamy w przeszłość, trochę idziemy do przodu, zawiązuje się nowa zagadka, ale od początku ma się wrażenie, że rozwiązanie nie nastąpi teraz. Wszak została nam jeszcze jedna część do przeczytania w przyszłości. Sprytny zabieg, by trochę zaspokoić głód czekających na zakończenie serii. Mam nadzieję, że będzie to prawdziwy deser :)

środa, 03 czerwca 2015

tak_tu_cicho

 

 

 

 

 

 

 

Druga Wojna Światowa jest dla młodszych pokoleń już tylko faktem historycznym, trudnym tematem szkolnym, czymś bardzo odległym. Z jednej strony i dobrze – oby takie doświadczenia nigdy się nie powtarzały. Z drugiej jednak, pamięć o podobnych zdarzeniach powinna trwać, choćby dlatego, jak wiele zawdzięczamy przodkom walczącym kiedyś przeciwko okupantom. Jednak pamięta się najwyraźniej to, co dotyka osobiście nas lub naszych bliskich. W roku 1939 żadnego z moich rodziców nie było jeszcze na świecie, jednak tematyka wojenna jest mi bliska, a zawdzięczam to moim babciom. Były to kobiety proste, bardzo doświadczone przez życie, posiadające przy tym – na poziomie podświadomym, intuicyjnym - wiedzę o potrzebie przekazywania swoich doświadczeń młodym pokoleniom. Dzięki nim nie tylko wiem o tym, jak trudne to były czasy. Ich opowieści do tej pory mają wpływ na niektóre aspekty mojego życia.

Nie znoszę na przykład wyrzucać jedzenia. Kiedy muszę to zrobić, przypomina mi się mama mojego ojca, opowiadająca o tym, jak w wojnę jedli trawę, a ona wspominała każdy wyrzucony przed wojną kawałek.

Dzięki babciom wiem też, jak zwodnicze są stereotypy. Bo to sąsiad-partyzant zabierał ostatnie jedzenie swoim rodakom, czego cała wieś nie mogła mu długo zapomnieć po wojnie, jak opowiadała mama mojej mamy. I to Niemiec-faszysta nie chciał ulec namowom Polaka-zdrajcy, by rozstrzelać mieszkańców innej wsi, między innymi moją babcię i malutkiego wtedy tatę, który urodził się w 1942 roku. Gdyby tamten Niemiec posłuchał rady, nie byłoby na świecie mnie, mojej siostry, moich dzieci. Oberwałaby się niteczka, o której wspomina bohater krótkiej powieści B. Wasiljewa „Tak tu cicho o zmierzchu”.

Książki i filmy, które przemawiały do nas w dzieciństwie, na ogół często nie oddziałują podobnie w życiu dorosłym. Tym bardziej, że mogą być nasiąknięte ideologią tamtych czasów, która delikatnie mówiąc się zdezaktualizowała. Dlatego wracam nie raz do tego, co mi się kiedyś podobało, by sprawdzić, czy wytrzymuje próbę czasu. Z tą książką tak jest, bo ani komunistyczne nazewnictwo, ani wyznawane przez bohaterów komunistyczne wartości nie są istotą tej wzruszającej opowieści. Ponieważ opowiada ona o wojnie, o jednostce uwikłanej w splot zdarzeń mniejszego lub większego znaczenia dla historii, ale olbrzymiego znaczenia dla poszczególnych osób, co jest i będzie uniwersalne.

Dowódca Fiodor Waskow to na pierwszy rzut oka zwykły służbista i prostak. „Przez całe swe życie [...] wykonywał rozkazy. Wykonywał dosłownie, szybko i z przyjemnością, gdyż właśnie w tym literalnym wypełnieniu cudzej woli widział sens swojego istnienia. Jako wykonawca był ceniony przez szefów i niczego ponadto od niego nie oczekiwano. Był on śrubką w ogromnym, troskliwie skonstruowanym mechanizmie: był dokręcany i dokręcał innych, nie troszcząc się o to, skąd bierze swój początek to dokręcanie, gdzie jest skierowane i czym się kończy.” (tłumaczenie moje) I nagle Fiodor jest postawiony w sytuacji, kiedy nie tylko trudno jest zadbać o zwykłą dyscyplinę, lecz również nie ma już możliwości otrzymania i wykonania rozkazu, bo zdany jest na siebie i swoje doświadczenie. Przychodzi mu dowodzić oddziałem młodziutkich ochotniczek, sam wygląd których jest sprzeczny z jego pojęciem o porządku. Odpowiada on za ich życie podczas walki o „znaczeniu lokalnym”. A one, cóż, uosobienie młodości – naiwne, nieobeznane, każda ze swoją historią, wszystkie razem i każda z osobna są przeciwieństwem otaczającej je śmierci. Drwią sobie po cichu ze swojego dowódcy, jednak z czasem zarówno one, jak i czytelnik co raz bardziej się przekonują o prawdziwym charakterze Waskowa, w gruncie rzeczy człowieka mądrego i ciepłego.

Myślę, że powieść robi wrażenie przede wszystkim dzięki kontrastowi: kobieta, przyszła matka vs bezwzględna wojenna rzeczywistość. Śmiejemy się razem z dziewczynami nad wpadkami Fiodora i wyczuwając w powietrzu zbliżające się niebezpieczeństwo, przywiązujemy się do tych nieskomplikowanych bohaterów, przeżywając wszystko do ostatniej strony.

Czytający po rosyjsku mogą znaleźć cały tekst powieści tu.

O ekranizacji z 1972 roku, która została nominowana do Oscara, piszę na moim blogu poświęconym filmom czasów ZSRR.

wtorek, 26 maja 2015

gra_aniola

"Cień wiatru", który zapoczątkował cykl o Cmentarzu Zapomnianych Książek, polubiłam od pierwszych stron. Przeczytałam go niedawno raz jeszcze, zanim się zabrałam za "Grę anioła", by sobie odświeżyć pamięć i wrażenia. I stwierdzam - mimo że autor zaznacza na początku każdej części cyklu, że można je czytać osobno - że zrobiłam słusznie. Inaczej i tak bym musiała wrócić do niej, doszukując się powiązań z drugą częścią, które owszem, na fabułę istotnie nie wpływają, ale wyjaśniają parę rzeczy ważnych dla części pierwszej. Tak więc, jeśli ktoś polubił rodzinę Sempere, tu też będzie obecna. Ale ja w sumie nie o tym.

"Gra anioła" jest przyrządzona z wielu tych samych składników, które przyniosły sukces pierwszej części cyklu. Sugestywne opisy, ponura i intrygująca Barcelona, zagadki, intrygi, namiętności - wszystko jest również tutaj. Od "Anioła" również nie mogłam się oderwać, czytając jak i "Cień" w zawrotnym tempie. Jest jednak jedno subiektywne 'ale', które sprawia, że nie zaliczę "Gry" do swoich ulubionych tytułów. Jest to coś dla mnie dziwnego, bo książkę czytałam z prawdziwą przyjemnością, jednak po zakończeniu pozostało mi tycie-tycie, jednak rozczarowanie.

W czym rzecz? Chyba w nastawieniu. [Kto bardzo się boi najmniejszych nawet spoilerów, niech nie czyta tego akapitu.] Spodziewałam się, że podobnie do poprzedniej części, rozwiązanie będzie jednoznaczne i nie tyle skończy się happy-endem, co pozostawi czytelnikowi poczucie, że to wszystko nie na darmo, że bohater po coś cierpiał, że pomimo tego że historia jest smutna, to jest nadzieja na jakieś przejaśnienie, że może jednym się nie udało, ale inni będą szczęśliwi, jednak nie tak po prostu, lecz wyciągając wnioski i przede wszystkim zachowując pamięć o tamtych i przekazując ją dalej. W "Grze anioła" zostałam po zamknięciu książki sam na sam z porażką, zapytując o sens nie tylko cierpień głównych bohaterów, nie tylko ich walki - tu przede wszystkim nie o coś, tylko przeciwko czemuś - ale wręcz o zasadność głównego wątku łączącego cały cykl, t.j. ratowania jakiejś zapomnianej książki i opieki nad nią. Ktoś mi powie może, że epilog mówi o drugiej szansie, dla mnie jednak epilog ten jawił się jedynie daniem drugiej szansy czytelnikowi takiemu jak ja, by zdecydował się na jakąś odpowiadającą mu interpretację, do wyboru mniej lub bardziej realistyczną. Problem ze mną i tą książką jest chyba taki, że żaden z dostępnych mojemu czytelniczemu odbiorowi wariantów tej interpretacji końcówki nie jest po mojej myśli, ani nie ma na nie mojej wewnętrznej zgody! :)

Nie znaczy to jednak, że książki nie polecam, albo wręcz odradzam. Nic z tych rzeczy. To że podbiła ona u mnie wszystkie "zmysły czytelnicze" oprócz serca, nie znaczy że z kimś innym będzie tak samo. A może ktoś się ze mną posprzecza? Bo czuję się trochę jak mała dziewczynka, której zmieniono zakończenie ulubionej bajki ;)

O fabule nie piszę, jej zarys zapewne jest na tylnej okładce każdego wydania. I żeby nie było, że obrażam się na Zafona - zaczynam właśnie "Więźnia nieba". Tym razem jednak spróbuję już się na nic nie nastawiać :)

 

sobota, 23 maja 2015

Do różnych form czytania wielu nie trzeba już przekonywać. Na czytnikach, tabletach, smartfonach i laptopach można z łatwością gromadzić pokaźne ilości ebooków, co umożliwia jednocześnie łatwe ich zabieranie ze sobą i korzystanie w kolejkach, transporcie publicznym, podczas podróży, a nawet w domu, jeśli ktoś lubi. Co więcej, można już za małe pieniądze mieć ten sam tytuł dostępny na kilku urządzeniach na raz (np. w abonamencie legimi). Audiobooki natomiast umilają prace domowe lub długą jazdę samochodem albo czymkolwiek, jednak trudniejsze są w odbiorze dla wzrokowców. "Prawdziwe" książki dają satysfakcję zmysłom dotyku, węchu i wzroku. Wszystkie te formy czytania dobrze się sprawdzają w różnych sytuacjach, ale przede wszystkim służą naszemu pragnieniu poznawania literatury lub zaspokajają potrzebę jakichś informacji. Oczywista oczywistość.

Jednak czegoś mi w tym wszystkim brak. Marzy mi się posiadanie książek we wszystkich formatach na raz. To jest marzenie, więc odsuwam myśl o cenie. Nie chodzi mi o potrójny zakup jakiegoś tytułu, a raczej o coś w rodzaju wszystko w jednym: kupuję powiedzmy książkę, a na okładce, względnie na paragonie, dostaję link do ebooka i audiobooka. Tak, żebym w fotelu czytała książkę, w autobusie ebooka, a zmywając i sprzątając, słuchała wersji audio. Pozostałabym w objęciach jednej książki aż do jej zakończenia zamiast czytać kilka na raz - nie z braku zainteresowania jedną, a dlatego, że nie chcę targać cegieł na miasto i nie znoszę bezproduktywnej ciszy towarzyszącej sprzątaniu&co. To samo tyczy się czasopism, choć ich ewentualną wersję audio traktuję jednak trochę podejrzliwie.

Ktoś kiedyś powiedział, że wszystkie wynalazki, zanim się pojawiają na świecie, są już wcześniej opisane w książkach fantastycznych. Ja nie proszę o wiele! Jedynie o słodkie 3w1 dla każdego mola w przystępnej cenie. Ciekawe, czy długo poczekam? 

apple256264_1920

 

czwartek, 23 kwietnia 2015

 

Z okazji tego pięknego wiosennego święta, życzę wszystkim czytającym nowych ciekawych odkryć i wrażeń czytelniczych, a pozostałym - by odnaleźli drogę do magicznego świata wyobraźni.  


- Zważ, Sanczo - rzekł Don Kichote- że miłość na nic nie zważa ani nie trzyma się w szrankach rozumu w swoich poczynaniach, podobna z natury jest śmierci: tak samo godzi w wysokie pałace królów, jak w nędzne strzechy pasterzy, a kiedy jakąś duszą całkowicie owładnie, to najpierw odejmuje jej lęk i wstyd. 

Miguel de Cervantes y Saavedra (z książki Don Kichot z la Manczy)

piątek, 27 marca 2015

mój chłopiec, motor i ja

Pod koniec lat 30tych XX wieku młode małżeństwo wybiera się motorem w niesamowitą wyprawę. Mnóstwo przygód, niebezpieczeństw, ludzkiej życzliwości i chytrości spotykają na swym trudnym szlaku. Towarzyszą im głód, nędza, chłód, upał, brud, owady i mnóstwo innych 'przyjemności'. Pokonują je wszystkie wspierając się nawzajem w trudnych chwilach - a takie przeważają. Spełniają swoje marzenie, wierzą że torują nowy szlak, że za nimi podążą inni. Spisują swoje doświadczenia. Ona w swoich zapiskach porusza się w obszarach uczuć, obserwacji relacji międzyludzkich, filozofii życiowej. On skrupulatnie zapisuje wydatki, naprawy motoru, napotkane potrzeby i trudności - by innym później było łatwiej. Nie wiedzą, że niedługo po ukończeniu ich wyprawy zacznie się wojna i zawirowania historyczne sprawią, że długo im przyjdzie czekać na zwykłe bycie razem jako rodzina, nie mówiąc o spełnianiu wcześniejszych ambicji, a większość materiałów nie ujrzy światła dziennego aż do 2011 roku. 

Parę białorusizmów (opatrzonych przypisami) spojrzało na mnie z kart opowieści o dalekich krajach i to był dodatkowy dla mnie smaczek, wszak Druskienniki niedaleko są od mojego Grodna. Na załączonych zdjęciach filigranowa dziewczynka o łobuzerskim spojrzeniu sprawiła, że zamyśliłam się nad jej odwagą. Nie tyle - choć również - odwagą, by wybrać się w niebezpieczne tereny, ile nade wszystko odwagą, by spełniać to, o czym się śniło...

Polecam!.. 

czwartek, 23 października 2014

Długa przerwa w pisaniu tutaj spowodowana "zawirowaniami losu", mam nadzieję, dobiega końca. Ale to, że nie pisałam, nie znaczy, że nic nie przeczytałam albo że nie upatrzyłam niczego do czytania na przyszłość :) po lewej moja ściągawka od lubimyczytac.pl, mająca mi ułatwić nadrobienie zaległości ;)

czwartek, 20 czerwca 2013

Wiedziałam, czego szukam w tej książce. "Zamówiłam" ją świadomie jako prezent od przyjaciół. Nie zawiodłam się. MM, a właściwie Norma Jeane Mortenson, zwraca się do czytelnika przejmującym szeptem. Mówi o samotności i lęku, ale widzimy też pracę nad sobą - ciężką, żmudną, odważną. Słuchając jej, sama mam ochotę mówić o tej zagubionej dziewczynce szeptem. Albo nie mówić wcale, tylko czuć pokrewieństwo z jakąś cząstką jej zranionej duszy...

-*-

"Tylko cząstka nas

może dotknąć cząstki drugiego człowieka -

czyjaś prawda jest tylko

czyjąś prawdą - niczym więcej.

Możemy dzielić się jedynie

cząstką którą inni są zdolni zrozumieć

i tak oto jesteśmy

prawie zawsze sami.

Jako że najwyraźniej tak się dzieje

również w naturze - w najlepszym razie

nasz rozum mógłby zająć się szukaniem

samotności drugiego człowieka"

-*-

"Nie ma się czego bać oprócz lęku"

-*-

"Samotności - bądź cicho"

-*-

"nie całuj mnie, nie nabieraj mnie, jestem tancerką, która nie umie tańczyć"

-*-

"Kiedy jedno chce być samo (...), to znaczy, że drugie musi trzymać się na odległość."

-*-

Czytanie Fragmentów zajęło mi zaledwie wieczór i ranek. Cieszę się, że znam angielski - dzięki temu mogłam porównywać oryginał z interpretacją tłumacza. Czasami z tą interpretacją nie do końca się zgadzałam. Ale to chyba nawet lepiej, bo zapiski MM nie są jednoznaczne.

Trochę się namęczyłam z powodu rozmiaru tego wydania, jednak jest to całkowicie usprawiedliwione jego zawartością - dużymi pięknymi zdjęciami MM, skanami jej zapisków, gdzie widzimy wszystkie wahania, skreślenia, zagmatwania. Na końcu znajdujemy wart ze wszech miar uwagi suplement: książki z biblioteki MM, mowa pogrzebowa Lee Strasberga, krótka biografia i notki o literatach w jej otoczeniu.

Głaszczę matową (bardzo takie lubię!) okładkę i nie zamierzam odkładać daleko. Wiem, że będę wracać...

 

środa, 19 czerwca 2013

Autorka to wrocławianka, z wykształcenia historyk i politolog, zafascynowana Dolnym Śląskiem, jego historią i przyrodą. Akcja powieści jest zamknięta w klamrę czasową koniec drugiej wojny/rok 1989. Na fali rozpoczynających się przemian ludzie zaczynają zmieniać swoje życie. Jedni zaczynają dążyć do spełnienia swoich marzeń i pasji, inni chcą dorobić się w niespokojnych czasach i zabezpieczyć sobie dostatnią przyszłość za wszelką cenę. Legenda skarbów nagrabionych przez Niemców, które wciąż mogą pozostawać w sekretnych miejscach, jest inspiracją zarówno dla jednych, jak i drugich...

Sympatycznie się to czyta, bohaterowie są wiarygodni, atmosfera końca PRLu nawiewa nostalgię (nie ustrój tu dla mnie przyczyną, tylko czasy młodości), przygody, intrygi i skarby, miłość i zdrada - wszystko na miejscu. Przyjemna lektura, doprawiona faktami historycznymi - sama autorka przyznaje, że jednym z celów jej pisarstwa jest "przemycenie" odrobiny polskiej historii do młodych głów. Cóż, cel szczytny, oby tak było. Polecam jednak wszystkim :)

niedziela, 16 czerwca 2013

Eh, przeczytałam/wymęczyłam wreszcie wszystkie trzy. Aż się dziwię swojej cierpliwości do tej "sensacji roku". Sensacyjna była z pewnością nuda, towarzysząca mi w trakcie czytania. Dziwię się, że ktoś mógł coś takiego napisać. Ale pewnie po prostu się opłacało.

Pierwsza część jest kompletnie pozbawiona fabuły - normalnie jak w filmach porno. Dwie pozostałe może i miały jakiś potencjał, ale został zaprzepaszczony. Wyraźnie zainspirowane to przez "Zmierzch", choć nie chodzi o wampiry, ale też o "ciemną siłę". A znając "Zmierzch", można domyślić się zakończenia i to dość prędko, więc chyba nie zdradzam za dużo. Jest to literatura stricte użytkowa  - na pobyt w szpitalu, na totalne zmęczenie lub kaca. Nie wymaga myślenia, ani skupienia, ani nie wywołuje emocji. Tyle w temacie, już dość poświęciłam czasu temu 'dziełu'.

Poniżej linki do recenzji każdej części z osobna, nie moich, ale znacznie lepszych od samych powieści, więc polecam:

50 odcieni irytacji

50 odcieni lukru

Najgorsze oblicze Greya

środa, 10 kwietnia 2013

'Książka' dla lubiących czytać to słowo magiczne, symbol czegoś przyjemnego i nieodzownego w życiu codziennym. Często brakuje nam czasu na czytanie - cieszy wtedy sam widok książki, jak przedsmak, jak obietnica: "już niedługo". Trafiłam na to i nie mogłam przejść obojętnie:

Tagi: sztuka
11:11, wwgnika , inne
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 08 kwietnia 2013

Jestem pod wrażeniem talentu Chrisa Guise'a, entuzjasty bonsai z Wielkiej Brytanii, który tak pięknie połączył zamiłowanie do sztuki, literatury i przyrody! Domek Bagginsów z Bag End, postaci rzecz jasna z Hobbita oraz Władcy Pierścieni, powstał nie od razu. Drzewko zostało wydrążone i artysta czekał aż 2 lata, by naturalnie się zabliźniło. Wszystko zrobił własnoręcznie, wykorzystując między innymi gąbkę florystyczną i dachówki (na cegiełki). Dla mnie cudo!


niedziela, 03 lutego 2013

 

Czym jest cień wiatru? Z pewnością czymś nieuchwytnym.

      Jak czasami wspomnienie snu, który wywiera silne wrażenie nie tyle treścią lub przekazem, ile wewnętrznym uczuciem, jakie pozostawia, nie raz na długo.

        Jak ślad po dawnym sobie, którego prawie nie da się dostrzec z biegiem lat – jak powiew dawnych marzeń i tęsknot.

     Jak coś, co pozostaje w pamięci długo po przeczytaniu książki, takiej jak ta.

Prawie go nie ma, ale jednak się go czuje. I trudno to wyrazić, ale być może warto próbować… :)

„Cień wiatru” C.R. Zafona to jedna z tych książek, w które wpadam po kilku stronach, czytam nie zważając na porę dnia i obowiązki; z czasem prędkość czytania wzrasta, osiąga szczyt chyba moich możliwości, bym za chwilę przewróciła ostatnią stronę i poczuła się osamotniona, jak bym została na peronie i patrzyła z żalem w ślad uciekającego pociągu, gdzie siedzi ktoś bliski, odjeżdżający daleko i na długo…

„Książki są lustrem: widzisz w nich tylko to, co już masz w sobie.” Co za pochwała dla lubiących czytać i potępienie dla wszystkich innych! :) I, być może wyjaśnienie, dlaczego „Cień wiatru” ma zarówno gorących zwolenników, jak i zagorzałych przeciwników.

Jest to książka o książkach i ich miłośnikach. Mnóstwo tu osób tak czy inaczej z książkami związanych. Księgarze, antykwariusze, pisarze i czytelnicy. Różne losy, różne rodzaje samotności. Ogarnięci namiętnościami lub wypaleni od środka w Barcelonie trudnego okresu (lata 1930-1950te). Burzliwe wydarzenia wojenne i powojenne wyzwalają w ludziach ciemne strony, ale i szlachetne czyny. Dorastać w takich czasach, tym bardziej bez matki, jest ciężko. Główny bohater Daniel Sempere za sprawą odnalezionej książki będzie musiał zmierzyć się ze złem zewnętrznym, ale także swoimi słabościami i problemami wieku dorastania. Próbując odszukać autora zapomnianej powieści Juliana Caraxa, nie tylko stanie się częścią jego losu – napotka ludzi, którzy w różny sposób naznaczą jego własny los, nie zawsze okazując się takimi, jakimi ich widzi na początku. Wśród intryg, zagadek i strat będzie musiał szukać sensu i odwagi, by walczyć o swoje – i cudze – marzenia.

Książka ma bardzo sugestywny, trochę ponury klimat. Mniej więcej do połowy nie mogłam się wczuć w to, że jest to wiek XX, nasuwały się raczej skojarzenia z epoką starszą o jakieś 100 lat. I wcale nie było to dla mnie minusem. Z przyjemnością spotkałam się po raz drugi z Barceloną w literaturze (pierwszy raz za sprawą „Katedry w Barcelonie”).  I będę miała ochotę spotkać się ponownie, chociażby za sprawą Zafona i jego cyklu „Cmentarz zapomnianych książek”, pierwszą częścią którego jest „Cień wiatru”.



piątek, 25 stycznia 2013

Książka Ebook Audiobook

"Fale paradoksu rozlewały się po morzu przyczynowości. Najważniejszy zapewne fakt, o którym powinien pamiętać każdy, kto znalazł się poza sumą całkowitą multiwersum, to ten, że chociaż mag i turysta dopiero przed chwilą pojawili się w lecącym samolocie, to równocześnie lecieli tym samolotem w normalny sposób. Inaczej mówiąc: chociaż jest prawdą, że od niedawna istnieli w tym szczególnym systemie wymiarów, jest również prawdą, że żyli w nim od samego początku. W tym właśnie punkcie język potoczny rezygnuje i wychodzi na piwo."

Pierwsza książka Pratchetta z serii Świat Dysku nie jest najlepsza wśród innych z tej serii, jest jednak pierwsza, więc wypada zacząć od niej - taką dostałam zachętę od mojej przyjaciółki, czytającej Prachetta regularnie. Słysząc od dawna jej zachwyty, nie miałam nic przeciwko. I powiem tak, jeśli ta nie jest najlepsza, to szalenie ciekawa jestem tych pozostałych! Niby to takie na wpól fantasy, na wpól science fiction, ale nie wolno dać się zwieźć pozorom! To nie jest coś do zaszufladkowania. Wszystko tu jest mrugnięciem okiem do czytelnika, zaczynając od całości i kończąc praktycznie na każdym zdaniu (lub od szczegółu do ogółu - jak kto woli). Autor bawi się słowem, wyobraźnią i konwencjami, o prawach fizyki nie wspominając - fale paradoksu rozlewają się tutaj swobodnie. A przy tym ani to trudne w odbiorze, ani nudne - przeciwnie, dowcipne i lekkie, zawieszone między światami multiwersum i opatrzone łobuzerskim uśmiechem :) Ciąg dalszy mojego zaznajamiania się z twórczością Pratchetta nastąpi na pewno!

P.S. Słowa uznania dla tłumacza, pana Piotra W. Cholewy! Choć nie widziałam oryginału, domyślam się ile trzeba było kunsztu i wyobraźni, by coś takiego ująć po polsku! Brawo!

środa, 19 września 2012

Książki Cormaca McCarthy „Droga” i „W ciemność” przeczytałam w lipcu zeszłego roku i to, ze piszę o nich dopiero teraz, nie tyle oznacza prześladujący mnie brak czasu, jak w przypadku różnych innych przeczytanych „ostatnio”, lecz raczej jest wyrazem wrażenia, które na mnie wywarły – musiał minąć czas, by te wrażenia przetrawić. Zaczęłam od „W ciemność” i był to mój pierwszy kontakt z tym autorem (przed tym oglądałam jedynie „To nie jest kraj dla starych ludzi” na podstawie jego powieści o tymże tytule).

Ciemność jest tu kluczem i do tej pory czuję ją wyraźnie, kiedy wspominam o tej książce. Mroczna ta opowieść snuje się przede wszystkim wokół matki, której dziecko zostało odebrane zaraz po urodzeniu i która usiłuje je odnaleźć gdzieś w Ameryce na początku XX wieku. Czytałam na Mazurach, pływając ze znajomymi jachtem, zachęcona przez jednego z nich – i mrok mnie precyzyjnie owijał, wrażenie spotęgowane pewnie przez kontrast z otoczeniem i fakt, że mój własny bobas przebywał wówczas z dala ode mnie, cóż że na Białorusi, bezpieczny pod opieka mojej własnej mamy, matczyne niepokoje są, jak wiadomo, irracjonalne.

Fenomenalne w tym dziele dla mnie okazało się to, że pomimo dołującego wpływu nie potrafiłam się oderwać i w regularnych odstępach zaszywałam się pod pokładem jachtu, by chociaż na 10 minut zanurzyć się w okrutny świat opisywany przez Cormaca. Niewątpliwie ten mroczny magnetyzm jest zasługą autora, pięknie widzącego naturę i całkiem inaczej zamieszkujących tę planetę ludzi, ale przyczynkiem było też pragnienie doczekania się rozwiązania i, nie wstydzę się tego, happy endu – gdyż w przypadku spraw dotyczących dzieci jestem za owym happy endem nieugięcie! Czy się doczekałam, zdradzać rzecz jasna nie wypada…

Jednym z motywów „W ciemność” jest motyw drogi i tak się stało, że po powrocie z Mazur do domu za „Drogę” się wzięłam. Ta sama mroczność, ta sama siła oddziaływania, znów niepokojący obraz dziecka w niebezpieczeństwie! Ojciec i syn przebywają długą drogę przez świat po-apokaliptyczny, starając się unikać innych ludzi, często na to miano już nie zasługujących, i szukając pożywienia i innych niezbędnych człowiekowi rzeczy. Czy im się uda odnaleźć jakieś miejsce w miarę bezpieczne, należy przeczytać, względnie obejrzeć film (poprawna ekranizacja w rez. J. Hillcoata, w roli głównej Viggo Mortensen). Bardzo pozytywnie odebrałam brak opisu katastrofy, która doprowadziła do zniknięcia naszej cudnej cywilizacji ze skłonnościami samobójczymi – w końcu, czy nie wszystko jedno, jakie głupie czyny doprowadzą do „końca świata”? Najciekawsze jest „życie po życiu”, zmiana hierarchii wartości, zanikanie pojęć typu „wiara” czy „nadzieja”, o „miłości” lub „dobroci” nie wspominając. No i tragedia jednostki uwikłanej w powyższe.

Podsumowując, molom o słabych nerwach Cormaca odradzam, tym o przeciętnych+ gorąco polecam!

niedziela, 15 lipca 2012

Kolejny kryminał Christie, który przeczytałam z przyjemnością. Motyw zbrodni i kary jest wpleciony w znakomitą intrygę.  Dziesięciu zbrodniarzy, którym nigdy nie udowodniono winy, zostaje zwabionych na wyspę i ginie po kolei w myśl dziecięcego wierszyka o dziesięciu murzynkach. Co natomiast mi się nie podoba, to zmiana pierwotnego tytułu z "Dziesięciu murzynków" na powyższy w myśl dziwacznie, moim zdaniem, pojętej poprawności politycznej. Nie dajmy się zwariować! To tylko wierszyk, do diaska!

Z dobrej książki przeczytanej jakiś czas temu (w tym przypadku jest grubo ponad rok) pamiętam przede wszystkim nie wydarzenia, czy postaci, ale uczucie towarzyszące mi w czasie lektury. Z kolejnych części "Jeżycjady" wciąż czerpię to niesamowite ciepło i trochę nostalgii - jakbym na chwilę trafiła do własnego dzieciństwa i przespacerowała się ulicami mojego miasta. To nic, że Grodno to nie Poznań. Pewne rzeczy są ponad czasem i ponad przestrzenią.

sobota, 14 lipca 2012

Nie jestem prawdziwą fanką gatunku fantasy, ale nie mam też nic przeciwko obcowaniu z dziełami tego rodzaju od czasu do czasu. W końcu pracę magisterską pisałam o "Hobbicie" Tolkiena, a film "Władca Pierścieni" jest jednym z moich ulubionych. Jednak tym, co przede wszystkim skłoniło mnie do przeczytania "Eragona", oprócz rekomendacji przyjaciółki, był fakt, że autor pisząc pierwszą część cyklu "Dziedzictwo" miał 15 lat. Byłam ciekawa, jak sobie poradził, i się nie zawiodłam. Paolini w tak młodym wieku stworzył fikcyjny świat, zamieszkany przez różne rasy, ze swoją historią i geografią, a nawet językami - założę się, że jest fanem Tolkiena :) Jest tu wszystko, co powinno się znaleźć w tego typu historiach: walka dobra ze złem, przyjaźń, miłość, zdrada, niebezpieczne przygody, straszne potwory, wyczerpujące wędrówki, zachwycające budowle - wymieniać można jeszcze długo. Wszystko dobrze trzyma się razem, akcja wartko się toczy, ale co najważniejsze - i tego też byłam najbardziej ciekawa - uczucia bohaterów są pokazane bardzo wiarygodnie, zarówno jeśli chodzi o powoli rozwijające się przywiązanie tytułowego bohatera do swojego rosnącego smoka, jak i rodzącą się w nim niemal niedostrzeżenie fascynację piękną i niezwykła dziewczyną, a także w innych mniej istotnych przypadkach (nie chcę za wiele zdradzać). Rzecz niezwykła dla tak młodego autora, dająca też nadzieję na dalszy rozwój jego umiejętności w kolejnych częściach, które na pewno przeczytam.

To, co udało się 15-letniemu chłopakowi, umknęło niestety twórcom ekranizacji. Właśnie kwestia uczuć tutaj została całkowicie zaprzepaszczona, przez co film wydaje się być sztuczny i nie współodczuwa się z bohaterami, tak jak w książce. Mimo dobrej obsady (Malkovich, Irons) i świetnych zdjęć, kręconych w słowackiej części Tatr, potencjał został zmarnowany. A przecież jest wiele zabiegów filmowych, które sprawiają, że - chociaż naturalny jest brak możliwości 'upchnięcia' w filmie wszystkiego, co jest w książce - da się jednak ocalić to, co najważniejsze, a przede wszystkim klimat i autentyczność. Tym bardziej, ze film Stefena Fangmeiera trwa tylko 1,5 godziny, a nie jest w naszych czasach rzeczą niezwykłą film 2-godzinny lub nawet dłuższy. Mojemu 14-letniemu synowi, chyba z racji wieku, film się podobał, ja jednak pozostanę przy książce :)

czwartek, 12 lipca 2012

W pensjonacie dla studentów dzieją się dziwne rzeczy: zostają zniszczone lub znikają na pozór nie związane ze sobą przedmioty. Studenci mieszkający w pensjonacie to ludzie wszelkiej maści i narodowości, każdy ze swoim bagażem życiowym i wielu z tajemnicami do ukrycia. W gąszczu zagadek tylko Poirot będzie mógł się odnaleźć, a zależy mu też na tym prywatnie: dopóki w pensjonacie nie zapanuje spokój, Poirot jest narażony na pomyłki swojej skądinąd nadludzko skutecznej i zorganizowanej sekretarki - wszystko dlatego, że martwi się ona o swoją siostrę, która to zarządza wspomnianym pensjonatem.

Zakręcona intryga. Wiele angielskich spostrzeżeń na temat obcokrajowców - jak to Christie ni to serio, ni to z przymrużeniem oka :) Mnóstwo bohaterów oznacza mnóstwo różnorodnych charakterów, świetnie zarysowanych. Z przyjemnością przeczytałam w oryginale.

poniedziałek, 09 lipca 2012

Joanna jak zawsze w coś się wplącze, tym razem będzie to świat poniemieckich skarbów i map. Postaci w tej powieści pojawiają się, jak grzyby po deszczu, a akcja toczy się z prędkością światła, mimo to da się połapać i dobrze się bawić, gwarancją czego jest również język pełen ciętych komentarzy i wyszukanych sformułowań, tak dla Chmielewskiej typowy. Mimo upału (albo właśnie z jego powodu) przeczytałam w 1 dzień :)

sobota, 07 lipca 2012

Tytuł powieści jest zaczerpnięty z Szekspira ("Juliusz Cezar"): "Pora przypływu stosownie schwytana wiedzie do szczęścia...", ale jak dodaje Poirot, "są także odpływy, które mogą porwać człowieka na bezkresne morza". Jest to motyw przewodni. Okazje, które się nadarzają, mogą znacznie poprawić (lub też pogorszyć) sytuację człowieka. Pytanie, czy się trafi na przypływ, czy odpływ.

Jest rok 1946, po wojnie i śmierci bogatego krewnego, mającego zabezpieczyć jej przyszłość, rodzina Cloadów nie może się odnaleźć i pogodzić z tym, że majątek dostał się w ręce młodziutkiej wdowy i jej bezczelnego brata. Powietrze przesiąknięte jest 'złą wolą', choć wszyscy udają uprzejmość wobec siebie. Coś musi się stać, i się z pewnością stanie, a osoby sprawców i motywy nie będą łatwe do odgadnięcia. Z dumą wiec donoszę, że wpadłam na część rozwiązania zagadki, co mi się u Christie jeszcze nie zdarzało.

Interesujący jest temat wpływu wojny na człowieka, poruszony przez autorkę. "Nie chodzi o fizyczne niebezpieczeństwa... Groźniejsze jest niebezpieczeństwo duchowe: wniosek, ze nieporównanie łatwiej żyć, kiedy przestanie się myśleć". Po wojnie, a także w przypadku rodziny Cloadów po utracie zabezpieczenia finansowego, trzeba samemu wziąć za swoje życie odpowiedzialność. A to może być trudne i przynieść zaskakujące odkrycie na temat własnego charakteru...

 
1 , 2 , 3