Zakładki:
0. W planach (to, czego nie ma na lubimyczytac.pl)
1. Przeczytane w 2015
2. Przeczytane w 2009 lub wcześniej
2. Przeczytane w 2010
2. Przeczytane w 2011
2. Przeczytane w 2012
2. Przeczytane w 2013
2. Przeczytane w 2014
3. Słowniki etc
4. Poradniki
Czytam innych
Filmy
Filmy ulubione
Od zmierzchu do świtu
Seriale

czwartek, 25 czerwca 2015

Kończy się rok (przed)szkolny. Dla najmłodszego syna (i dla mnie ze względu na niego), to był ciekawy książkowo rok. Otóż zaczęliśmy czytać pierwszą dużą książkę - "Nowe przygody Mikołajka". Bałam się, że niecałe 6 lat to za wcześnie, że duża objętość, a mała ilość obrazków zniechęcą, ale na szczęście nic podobnego! Jest to czysta przyjemność, jak dla mnie, tak i dla Szymka. Co napawa mnie nadzieją, a lista wspólnych lektur na przyszłość stale się wydłuża. 

 

Poza tym, zaliczony wyjazd do teatru. Dla małych mieszkańców małych miejscowości to nie byle wydarzenie! A wrażenia ze spektaklu "Trzy świnki" zostały utrwalone na rysunku, dość nietypowym dla naszego młodego artysty ze względu na dobór kolorów :)

 

No i do tego doświadczyłam czegoś bardzo ciekawego w czasie wspólnej z Szymonem podróży do Łodzi. Bowiem po raz pierwszy widziałam małe dziecko zachwycone pomnikiem pisarza. Zazwyczaj to tylko jakiś facet, co tam oglądać. Ale ciekawa forma pomnika i rzucone przeze mnie hasło, że to pan Tuwim, który wymyślił "Lokomotywę" (uwielbiamy!), sprawiły, że oczy się dziecku zaświeciły. I pozę do zdjęcia zwykle nieuchwytny Szymek wymyślił sam :)

Udany zatem kulturowo rok szkolny nastraja mnie optymistycznie na udane wakacje, czego też wszystkim mającym szansę odpoczynku i tym trochę bardziej poszkodowanym życzę :)

 

wtorek, 23 czerwca 2015

Trzecia część serii o Cmentarzu Zapomnianych Książek jest najmniej samodzielna wśród trzech dotychczas wydanych. Czepiam się dlatego, że we wstępie do każdej części napisano o tym, że można każdą z tych książek czytać osobno, bo są całością samą w sobie. Otóż tak nie jest. Pytanie, czy to komuś przeszkadza. Myślę, że nie. Kto nie dał się złowić w sieci "Cienia wiatru", nie dotrze pewnie tak daleko. Kto zaś polubił tę serię z przyjemnością będzie kontynuował podróż po mrocznej Barcelonie ubiegłego wieku. "Więzień" jest klamrą spinającą wątki poprzednich części. Dowiadujemy się, skąd wziął się Fermin i jaki ma związek z Davidem Martinem, główną postacią "Gry anioła". Trochę się cofamy w przeszłość, trochę idziemy do przodu, zawiązuje się nowa zagadka, ale od początku ma się wrażenie, że rozwiązanie nie nastąpi teraz. Wszak została nam jeszcze jedna część do przeczytania w przyszłości. Sprytny zabieg, by trochę zaspokoić głód czekających na zakończenie serii. Mam nadzieję, że będzie to prawdziwy deser :)

środa, 03 czerwca 2015

tak_tu_cicho

 

 

 

 

 

 

 

Druga Wojna Światowa jest dla młodszych pokoleń już tylko faktem historycznym, trudnym tematem szkolnym, czymś bardzo odległym. Z jednej strony i dobrze – oby takie doświadczenia nigdy się nie powtarzały. Z drugiej jednak, pamięć o podobnych zdarzeniach powinna trwać, choćby dlatego, jak wiele zawdzięczamy przodkom walczącym kiedyś przeciwko okupantom. Jednak pamięta się najwyraźniej to, co dotyka osobiście nas lub naszych bliskich. W roku 1939 żadnego z moich rodziców nie było jeszcze na świecie, jednak tematyka wojenna jest mi bliska, a zawdzięczam to moim babciom. Były to kobiety proste, bardzo doświadczone przez życie, posiadające przy tym – na poziomie podświadomym, intuicyjnym - wiedzę o potrzebie przekazywania swoich doświadczeń młodym pokoleniom. Dzięki nim nie tylko wiem o tym, jak trudne to były czasy. Ich opowieści do tej pory mają wpływ na niektóre aspekty mojego życia.

Nie znoszę na przykład wyrzucać jedzenia. Kiedy muszę to zrobić, przypomina mi się mama mojego ojca, opowiadająca o tym, jak w wojnę jedli trawę, a ona wspominała każdy wyrzucony przed wojną kawałek.

Dzięki babciom wiem też, jak zwodnicze są stereotypy. Bo to sąsiad-partyzant zabierał ostatnie jedzenie swoim rodakom, czego cała wieś nie mogła mu długo zapomnieć po wojnie, jak opowiadała mama mojej mamy. I to Niemiec-faszysta nie chciał ulec namowom Polaka-zdrajcy, by rozstrzelać mieszkańców innej wsi, między innymi moją babcię i malutkiego wtedy tatę, który urodził się w 1942 roku. Gdyby tamten Niemiec posłuchał rady, nie byłoby na świecie mnie, mojej siostry, moich dzieci. Oberwałaby się niteczka, o której wspomina bohater krótkiej powieści B. Wasiljewa „Tak tu cicho o zmierzchu”.

Książki i filmy, które przemawiały do nas w dzieciństwie, na ogół często nie oddziałują podobnie w życiu dorosłym. Tym bardziej, że mogą być nasiąknięte ideologią tamtych czasów, która delikatnie mówiąc się zdezaktualizowała. Dlatego wracam nie raz do tego, co mi się kiedyś podobało, by sprawdzić, czy wytrzymuje próbę czasu. Z tą książką tak jest, bo ani komunistyczne nazewnictwo, ani wyznawane przez bohaterów komunistyczne wartości nie są istotą tej wzruszającej opowieści. Ponieważ opowiada ona o wojnie, o jednostce uwikłanej w splot zdarzeń mniejszego lub większego znaczenia dla historii, ale olbrzymiego znaczenia dla poszczególnych osób, co jest i będzie uniwersalne.

Dowódca Fiodor Waskow to na pierwszy rzut oka zwykły służbista i prostak. „Przez całe swe życie [...] wykonywał rozkazy. Wykonywał dosłownie, szybko i z przyjemnością, gdyż właśnie w tym literalnym wypełnieniu cudzej woli widział sens swojego istnienia. Jako wykonawca był ceniony przez szefów i niczego ponadto od niego nie oczekiwano. Był on śrubką w ogromnym, troskliwie skonstruowanym mechanizmie: był dokręcany i dokręcał innych, nie troszcząc się o to, skąd bierze swój początek to dokręcanie, gdzie jest skierowane i czym się kończy.” (tłumaczenie moje) I nagle Fiodor jest postawiony w sytuacji, kiedy nie tylko trudno jest zadbać o zwykłą dyscyplinę, lecz również nie ma już możliwości otrzymania i wykonania rozkazu, bo zdany jest na siebie i swoje doświadczenie. Przychodzi mu dowodzić oddziałem młodziutkich ochotniczek, sam wygląd których jest sprzeczny z jego pojęciem o porządku. Odpowiada on za ich życie podczas walki o „znaczeniu lokalnym”. A one, cóż, uosobienie młodości – naiwne, nieobeznane, każda ze swoją historią, wszystkie razem i każda z osobna są przeciwieństwem otaczającej je śmierci. Drwią sobie po cichu ze swojego dowódcy, jednak z czasem zarówno one, jak i czytelnik co raz bardziej się przekonują o prawdziwym charakterze Waskowa, w gruncie rzeczy człowieka mądrego i ciepłego.

Myślę, że powieść robi wrażenie przede wszystkim dzięki kontrastowi: kobieta, przyszła matka vs bezwzględna wojenna rzeczywistość. Śmiejemy się razem z dziewczynami nad wpadkami Fiodora i wyczuwając w powietrzu zbliżające się niebezpieczeństwo, przywiązujemy się do tych nieskomplikowanych bohaterów, przeżywając wszystko do ostatniej strony.

Czytający po rosyjsku mogą znaleźć cały tekst powieści tu.

O ekranizacji z 1972 roku, która została nominowana do Oscara, piszę na moim blogu poświęconym filmom czasów ZSRR.