Zakładki:
0. W planach (to, czego nie ma na lubimyczytac.pl)
1. Przeczytane w 2015
2. Przeczytane w 2009 lub wcześniej
2. Przeczytane w 2010
2. Przeczytane w 2011
2. Przeczytane w 2012
2. Przeczytane w 2013
2. Przeczytane w 2014
3. Słowniki etc
4. Poradniki
Czytam innych
Filmy
Filmy ulubione
Od zmierzchu do świtu
Seriale

proza zagraniczna

wtorek, 29 grudnia 2015

Od lat mam kłopoty z pamięcią. Czasami zadziwia mnie to, jak ważnych rzeczy nie pamiętam. Własnych doświadczeń, wyjazdów. Najbardziej sprawiają mi kłopot daty, nazwiska, wszelkie nazwy. Między innymi dlatego założyłam ten blog. Bo kocham czytać, ale nienawidzę tego, że umykają mi książkowi bohaterzy, zdarzenia, nazwiska autorów. Pozostają jakieś niejasne uczucia, związane z daną książką, ale tego mi często za mało. Chciałoby się wtedy przeczytać jeszcze raz, jednak przecież tyle jest jeszcze innych wołających, nieprzeczytanych, życia braknie na wszystkie. Utrwalam więc moje czytelnicze przygody za pomocą pisania o nich tutaj.

Bardzo rzadko zdarza się jednak tak, że książka zostaje w mojej pamięci, jakbym ją czytała wczoraj. Czy chodzi o to, że taka książka musi być arcydziełem pod każdym względem? Niekoniecznie, bo wiele wspaniałych ponadczasowych dzieł spowija w mojej głowie półmrok niepamięci. Co takiego zatem musi mieć książka, żebym ją tak dobrze zapamiętała? Pewnie nie ma uniwersalnej reguły, ale w przypadku cyklu "Millennium" są to niewątpliwie wyjątkowo wyraźnie nakreśleni główni bohaterzy. Za sprawą Mikaela Blomkvista, dziennikarza z powołania, który w swoim poszukiwaniu prawdy nie ugnie się przed żadnym naciskiem, a szczególnie za sprawą nietuzinkowej hakerki Lisbeth Salander straszny świat opisany przez Larssona staje się jakimś pociągającym miejscem i nie tylko żałuje się, że to już koniec czytania. Długo po przeczytaniu (czytałam w 2011) wszystko jest świeże w pamięci, jakby się nigdy nie przestało z tymi ludźmi obcować lub jakby byli realnymi osobami, które się kiedyś spotkało, które wywarły wpływ na twoje życie i z którymi potem straciło się kontakt. Są gdzieś na świecie i zawsze będziemy ich wspominać. 

Co zatem czuje się na wieść, że można z nimi jeszcze raz się skontaktować? Nie osobiście być może, ale na przykład przez FB dowiedzieć się, co u nich, jak potoczyło się dalej ich życie, czy są spełnieni, szczęśliwi, czy wręcz przeciwnie? Pamiętam chwile, kiedy po paręnastu latach odnajdywałam w sieci kolegów i koleżanki z klasy. Ten pierwszy kontakt po latach był niesamowity. Przede wszystkim sama możliwość dowiedzieć się np. że ktoś, kto marzył o życiu w Nowym Yorku, mieszka właśnie tam i tam też poznał swoją wybrankę, pochodzącą jednak z jego rodzinnego miasta, sama ta możliwość jest fascynująca. Czy taki odzyskany kontakt ma tę samą wartość, co relacje sprzed lat? Nie. Każdy poszedł już własna drogą. Czy zatem taki kontakt jest bezwartościowy? Też nie. Czasem jest całkiem miłym akcentem w nazbyt szybkiej i męczącej rzeczywistości, okazją do zadumy, możliwością rozstawienia wszystkich kropek nad "i". Nie wiem, czy to bardzo trafne porównanie, ale takim kontaktem po latach jest dla mnie kontynuacja "Millennium". Myślę, że nie mogę do końca zgodzić się ani z jej fanami, ani z tymi "potępiającymi" zarówno sam pomysł dopisania ciągu dalszego dzieła za wcześnie zmarłego Larssona, jak i jego wykonanie. Nie jest to Larsson i oderwana od trylogii książka by nie istniała, ale czy ktoś się naprawdę łudził, że będzie inaczej? Nie jest to też zbezczeszczenie oryginału. Nie mogę już się spotkać z Mikaelem i Lisbeth twarzą w twarz. Cóż, takie życie. Ale są tak wyjątkowi (oczywiście dzięki ich twórcy i nikomu innemu), że nie omieszkam pogadać z nimi wirtualnie. A co mi tam, nawet kolejne 10 razy (podobno notatek na tyle kolejnych tomów zostawił po sobie Larsson). 

 

Ekranizacja (szwedzka):

wtorek, 23 czerwca 2015

Trzecia część serii o Cmentarzu Zapomnianych Książek jest najmniej samodzielna wśród trzech dotychczas wydanych. Czepiam się dlatego, że we wstępie do każdej części napisano o tym, że można każdą z tych książek czytać osobno, bo są całością samą w sobie. Otóż tak nie jest. Pytanie, czy to komuś przeszkadza. Myślę, że nie. Kto nie dał się złowić w sieci "Cienia wiatru", nie dotrze pewnie tak daleko. Kto zaś polubił tę serię z przyjemnością będzie kontynuował podróż po mrocznej Barcelonie ubiegłego wieku. "Więzień" jest klamrą spinającą wątki poprzednich części. Dowiadujemy się, skąd wziął się Fermin i jaki ma związek z Davidem Martinem, główną postacią "Gry anioła". Trochę się cofamy w przeszłość, trochę idziemy do przodu, zawiązuje się nowa zagadka, ale od początku ma się wrażenie, że rozwiązanie nie nastąpi teraz. Wszak została nam jeszcze jedna część do przeczytania w przyszłości. Sprytny zabieg, by trochę zaspokoić głód czekających na zakończenie serii. Mam nadzieję, że będzie to prawdziwy deser :)

wtorek, 26 maja 2015

gra_aniola

"Cień wiatru", który zapoczątkował cykl o Cmentarzu Zapomnianych Książek, polubiłam od pierwszych stron. Przeczytałam go niedawno raz jeszcze, zanim się zabrałam za "Grę anioła", by sobie odświeżyć pamięć i wrażenia. I stwierdzam - mimo że autor zaznacza na początku każdej części cyklu, że można je czytać osobno - że zrobiłam słusznie. Inaczej i tak bym musiała wrócić do niej, doszukując się powiązań z drugą częścią, które owszem, na fabułę istotnie nie wpływają, ale wyjaśniają parę rzeczy ważnych dla części pierwszej. Tak więc, jeśli ktoś polubił rodzinę Sempere, tu też będzie obecna. Ale ja w sumie nie o tym.

"Gra anioła" jest przyrządzona z wielu tych samych składników, które przyniosły sukces pierwszej części cyklu. Sugestywne opisy, ponura i intrygująca Barcelona, zagadki, intrygi, namiętności - wszystko jest również tutaj. Od "Anioła" również nie mogłam się oderwać, czytając jak i "Cień" w zawrotnym tempie. Jest jednak jedno subiektywne 'ale', które sprawia, że nie zaliczę "Gry" do swoich ulubionych tytułów. Jest to coś dla mnie dziwnego, bo książkę czytałam z prawdziwą przyjemnością, jednak po zakończeniu pozostało mi tycie-tycie, jednak rozczarowanie.

W czym rzecz? Chyba w nastawieniu. [Kto bardzo się boi najmniejszych nawet spoilerów, niech nie czyta tego akapitu.] Spodziewałam się, że podobnie do poprzedniej części, rozwiązanie będzie jednoznaczne i nie tyle skończy się happy-endem, co pozostawi czytelnikowi poczucie, że to wszystko nie na darmo, że bohater po coś cierpiał, że pomimo tego że historia jest smutna, to jest nadzieja na jakieś przejaśnienie, że może jednym się nie udało, ale inni będą szczęśliwi, jednak nie tak po prostu, lecz wyciągając wnioski i przede wszystkim zachowując pamięć o tamtych i przekazując ją dalej. W "Grze anioła" zostałam po zamknięciu książki sam na sam z porażką, zapytując o sens nie tylko cierpień głównych bohaterów, nie tylko ich walki - tu przede wszystkim nie o coś, tylko przeciwko czemuś - ale wręcz o zasadność głównego wątku łączącego cały cykl, t.j. ratowania jakiejś zapomnianej książki i opieki nad nią. Ktoś mi powie może, że epilog mówi o drugiej szansie, dla mnie jednak epilog ten jawił się jedynie daniem drugiej szansy czytelnikowi takiemu jak ja, by zdecydował się na jakąś odpowiadającą mu interpretację, do wyboru mniej lub bardziej realistyczną. Problem ze mną i tą książką jest chyba taki, że żaden z dostępnych mojemu czytelniczemu odbiorowi wariantów tej interpretacji końcówki nie jest po mojej myśli, ani nie ma na nie mojej wewnętrznej zgody! :)

Nie znaczy to jednak, że książki nie polecam, albo wręcz odradzam. Nic z tych rzeczy. To że podbiła ona u mnie wszystkie "zmysły czytelnicze" oprócz serca, nie znaczy że z kimś innym będzie tak samo. A może ktoś się ze mną posprzecza? Bo czuję się trochę jak mała dziewczynka, której zmieniono zakończenie ulubionej bajki ;)

O fabule nie piszę, jej zarys zapewne jest na tylnej okładce każdego wydania. I żeby nie było, że obrażam się na Zafona - zaczynam właśnie "Więźnia nieba". Tym razem jednak spróbuję już się na nic nie nastawiać :)

 

niedziela, 16 czerwca 2013

Eh, przeczytałam/wymęczyłam wreszcie wszystkie trzy. Aż się dziwię swojej cierpliwości do tej "sensacji roku". Sensacyjna była z pewnością nuda, towarzysząca mi w trakcie czytania. Dziwię się, że ktoś mógł coś takiego napisać. Ale pewnie po prostu się opłacało.

Pierwsza część jest kompletnie pozbawiona fabuły - normalnie jak w filmach porno. Dwie pozostałe może i miały jakiś potencjał, ale został zaprzepaszczony. Wyraźnie zainspirowane to przez "Zmierzch", choć nie chodzi o wampiry, ale też o "ciemną siłę". A znając "Zmierzch", można domyślić się zakończenia i to dość prędko, więc chyba nie zdradzam za dużo. Jest to literatura stricte użytkowa  - na pobyt w szpitalu, na totalne zmęczenie lub kaca. Nie wymaga myślenia, ani skupienia, ani nie wywołuje emocji. Tyle w temacie, już dość poświęciłam czasu temu 'dziełu'.

Poniżej linki do recenzji każdej części z osobna, nie moich, ale znacznie lepszych od samych powieści, więc polecam:

50 odcieni irytacji

50 odcieni lukru

Najgorsze oblicze Greya

niedziela, 03 lutego 2013

 

Czym jest cień wiatru? Z pewnością czymś nieuchwytnym.

      Jak czasami wspomnienie snu, który wywiera silne wrażenie nie tyle treścią lub przekazem, ile wewnętrznym uczuciem, jakie pozostawia, nie raz na długo.

        Jak ślad po dawnym sobie, którego prawie nie da się dostrzec z biegiem lat – jak powiew dawnych marzeń i tęsknot.

     Jak coś, co pozostaje w pamięci długo po przeczytaniu książki, takiej jak ta.

Prawie go nie ma, ale jednak się go czuje. I trudno to wyrazić, ale być może warto próbować… :)

„Cień wiatru” C.R. Zafona to jedna z tych książek, w które wpadam po kilku stronach, czytam nie zważając na porę dnia i obowiązki; z czasem prędkość czytania wzrasta, osiąga szczyt chyba moich możliwości, bym za chwilę przewróciła ostatnią stronę i poczuła się osamotniona, jak bym została na peronie i patrzyła z żalem w ślad uciekającego pociągu, gdzie siedzi ktoś bliski, odjeżdżający daleko i na długo…

„Książki są lustrem: widzisz w nich tylko to, co już masz w sobie.” Co za pochwała dla lubiących czytać i potępienie dla wszystkich innych! :) I, być może wyjaśnienie, dlaczego „Cień wiatru” ma zarówno gorących zwolenników, jak i zagorzałych przeciwników.

Jest to książka o książkach i ich miłośnikach. Mnóstwo tu osób tak czy inaczej z książkami związanych. Księgarze, antykwariusze, pisarze i czytelnicy. Różne losy, różne rodzaje samotności. Ogarnięci namiętnościami lub wypaleni od środka w Barcelonie trudnego okresu (lata 1930-1950te). Burzliwe wydarzenia wojenne i powojenne wyzwalają w ludziach ciemne strony, ale i szlachetne czyny. Dorastać w takich czasach, tym bardziej bez matki, jest ciężko. Główny bohater Daniel Sempere za sprawą odnalezionej książki będzie musiał zmierzyć się ze złem zewnętrznym, ale także swoimi słabościami i problemami wieku dorastania. Próbując odszukać autora zapomnianej powieści Juliana Caraxa, nie tylko stanie się częścią jego losu – napotka ludzi, którzy w różny sposób naznaczą jego własny los, nie zawsze okazując się takimi, jakimi ich widzi na początku. Wśród intryg, zagadek i strat będzie musiał szukać sensu i odwagi, by walczyć o swoje – i cudze – marzenia.

Książka ma bardzo sugestywny, trochę ponury klimat. Mniej więcej do połowy nie mogłam się wczuć w to, że jest to wiek XX, nasuwały się raczej skojarzenia z epoką starszą o jakieś 100 lat. I wcale nie było to dla mnie minusem. Z przyjemnością spotkałam się po raz drugi z Barceloną w literaturze (pierwszy raz za sprawą „Katedry w Barcelonie”).  I będę miała ochotę spotkać się ponownie, chociażby za sprawą Zafona i jego cyklu „Cmentarz zapomnianych książek”, pierwszą częścią którego jest „Cień wiatru”.



piątek, 25 stycznia 2013

Książka Ebook Audiobook

"Fale paradoksu rozlewały się po morzu przyczynowości. Najważniejszy zapewne fakt, o którym powinien pamiętać każdy, kto znalazł się poza sumą całkowitą multiwersum, to ten, że chociaż mag i turysta dopiero przed chwilą pojawili się w lecącym samolocie, to równocześnie lecieli tym samolotem w normalny sposób. Inaczej mówiąc: chociaż jest prawdą, że od niedawna istnieli w tym szczególnym systemie wymiarów, jest również prawdą, że żyli w nim od samego początku. W tym właśnie punkcie język potoczny rezygnuje i wychodzi na piwo."

Pierwsza książka Pratchetta z serii Świat Dysku nie jest najlepsza wśród innych z tej serii, jest jednak pierwsza, więc wypada zacząć od niej - taką dostałam zachętę od mojej przyjaciółki, czytającej Prachetta regularnie. Słysząc od dawna jej zachwyty, nie miałam nic przeciwko. I powiem tak, jeśli ta nie jest najlepsza, to szalenie ciekawa jestem tych pozostałych! Niby to takie na wpól fantasy, na wpól science fiction, ale nie wolno dać się zwieźć pozorom! To nie jest coś do zaszufladkowania. Wszystko tu jest mrugnięciem okiem do czytelnika, zaczynając od całości i kończąc praktycznie na każdym zdaniu (lub od szczegółu do ogółu - jak kto woli). Autor bawi się słowem, wyobraźnią i konwencjami, o prawach fizyki nie wspominając - fale paradoksu rozlewają się tutaj swobodnie. A przy tym ani to trudne w odbiorze, ani nudne - przeciwnie, dowcipne i lekkie, zawieszone między światami multiwersum i opatrzone łobuzerskim uśmiechem :) Ciąg dalszy mojego zaznajamiania się z twórczością Pratchetta nastąpi na pewno!

P.S. Słowa uznania dla tłumacza, pana Piotra W. Cholewy! Choć nie widziałam oryginału, domyślam się ile trzeba było kunsztu i wyobraźni, by coś takiego ująć po polsku! Brawo!

środa, 19 września 2012

Książki Cormaca McCarthy „Droga” i „W ciemność” przeczytałam w lipcu zeszłego roku i to, ze piszę o nich dopiero teraz, nie tyle oznacza prześladujący mnie brak czasu, jak w przypadku różnych innych przeczytanych „ostatnio”, lecz raczej jest wyrazem wrażenia, które na mnie wywarły – musiał minąć czas, by te wrażenia przetrawić. Zaczęłam od „W ciemność” i był to mój pierwszy kontakt z tym autorem (przed tym oglądałam jedynie „To nie jest kraj dla starych ludzi” na podstawie jego powieści o tymże tytule).

Ciemność jest tu kluczem i do tej pory czuję ją wyraźnie, kiedy wspominam o tej książce. Mroczna ta opowieść snuje się przede wszystkim wokół matki, której dziecko zostało odebrane zaraz po urodzeniu i która usiłuje je odnaleźć gdzieś w Ameryce na początku XX wieku. Czytałam na Mazurach, pływając ze znajomymi jachtem, zachęcona przez jednego z nich – i mrok mnie precyzyjnie owijał, wrażenie spotęgowane pewnie przez kontrast z otoczeniem i fakt, że mój własny bobas przebywał wówczas z dala ode mnie, cóż że na Białorusi, bezpieczny pod opieka mojej własnej mamy, matczyne niepokoje są, jak wiadomo, irracjonalne.

Fenomenalne w tym dziele dla mnie okazało się to, że pomimo dołującego wpływu nie potrafiłam się oderwać i w regularnych odstępach zaszywałam się pod pokładem jachtu, by chociaż na 10 minut zanurzyć się w okrutny świat opisywany przez Cormaca. Niewątpliwie ten mroczny magnetyzm jest zasługą autora, pięknie widzącego naturę i całkiem inaczej zamieszkujących tę planetę ludzi, ale przyczynkiem było też pragnienie doczekania się rozwiązania i, nie wstydzę się tego, happy endu – gdyż w przypadku spraw dotyczących dzieci jestem za owym happy endem nieugięcie! Czy się doczekałam, zdradzać rzecz jasna nie wypada…

Jednym z motywów „W ciemność” jest motyw drogi i tak się stało, że po powrocie z Mazur do domu za „Drogę” się wzięłam. Ta sama mroczność, ta sama siła oddziaływania, znów niepokojący obraz dziecka w niebezpieczeństwie! Ojciec i syn przebywają długą drogę przez świat po-apokaliptyczny, starając się unikać innych ludzi, często na to miano już nie zasługujących, i szukając pożywienia i innych niezbędnych człowiekowi rzeczy. Czy im się uda odnaleźć jakieś miejsce w miarę bezpieczne, należy przeczytać, względnie obejrzeć film (poprawna ekranizacja w rez. J. Hillcoata, w roli głównej Viggo Mortensen). Bardzo pozytywnie odebrałam brak opisu katastrofy, która doprowadziła do zniknięcia naszej cudnej cywilizacji ze skłonnościami samobójczymi – w końcu, czy nie wszystko jedno, jakie głupie czyny doprowadzą do „końca świata”? Najciekawsze jest „życie po życiu”, zmiana hierarchii wartości, zanikanie pojęć typu „wiara” czy „nadzieja”, o „miłości” lub „dobroci” nie wspominając. No i tragedia jednostki uwikłanej w powyższe.

Podsumowując, molom o słabych nerwach Cormaca odradzam, tym o przeciętnych+ gorąco polecam!

niedziela, 15 lipca 2012

Kolejny kryminał Christie, który przeczytałam z przyjemnością. Motyw zbrodni i kary jest wpleciony w znakomitą intrygę.  Dziesięciu zbrodniarzy, którym nigdy nie udowodniono winy, zostaje zwabionych na wyspę i ginie po kolei w myśl dziecięcego wierszyka o dziesięciu murzynkach. Co natomiast mi się nie podoba, to zmiana pierwotnego tytułu z "Dziesięciu murzynków" na powyższy w myśl dziwacznie, moim zdaniem, pojętej poprawności politycznej. Nie dajmy się zwariować! To tylko wierszyk, do diaska!

sobota, 14 lipca 2012

Nie jestem prawdziwą fanką gatunku fantasy, ale nie mam też nic przeciwko obcowaniu z dziełami tego rodzaju od czasu do czasu. W końcu pracę magisterską pisałam o "Hobbicie" Tolkiena, a film "Władca Pierścieni" jest jednym z moich ulubionych. Jednak tym, co przede wszystkim skłoniło mnie do przeczytania "Eragona", oprócz rekomendacji przyjaciółki, był fakt, że autor pisząc pierwszą część cyklu "Dziedzictwo" miał 15 lat. Byłam ciekawa, jak sobie poradził, i się nie zawiodłam. Paolini w tak młodym wieku stworzył fikcyjny świat, zamieszkany przez różne rasy, ze swoją historią i geografią, a nawet językami - założę się, że jest fanem Tolkiena :) Jest tu wszystko, co powinno się znaleźć w tego typu historiach: walka dobra ze złem, przyjaźń, miłość, zdrada, niebezpieczne przygody, straszne potwory, wyczerpujące wędrówki, zachwycające budowle - wymieniać można jeszcze długo. Wszystko dobrze trzyma się razem, akcja wartko się toczy, ale co najważniejsze - i tego też byłam najbardziej ciekawa - uczucia bohaterów są pokazane bardzo wiarygodnie, zarówno jeśli chodzi o powoli rozwijające się przywiązanie tytułowego bohatera do swojego rosnącego smoka, jak i rodzącą się w nim niemal niedostrzeżenie fascynację piękną i niezwykła dziewczyną, a także w innych mniej istotnych przypadkach (nie chcę za wiele zdradzać). Rzecz niezwykła dla tak młodego autora, dająca też nadzieję na dalszy rozwój jego umiejętności w kolejnych częściach, które na pewno przeczytam.

To, co udało się 15-letniemu chłopakowi, umknęło niestety twórcom ekranizacji. Właśnie kwestia uczuć tutaj została całkowicie zaprzepaszczona, przez co film wydaje się być sztuczny i nie współodczuwa się z bohaterami, tak jak w książce. Mimo dobrej obsady (Malkovich, Irons) i świetnych zdjęć, kręconych w słowackiej części Tatr, potencjał został zmarnowany. A przecież jest wiele zabiegów filmowych, które sprawiają, że - chociaż naturalny jest brak możliwości 'upchnięcia' w filmie wszystkiego, co jest w książce - da się jednak ocalić to, co najważniejsze, a przede wszystkim klimat i autentyczność. Tym bardziej, ze film Stefena Fangmeiera trwa tylko 1,5 godziny, a nie jest w naszych czasach rzeczą niezwykłą film 2-godzinny lub nawet dłuższy. Mojemu 14-letniemu synowi, chyba z racji wieku, film się podobał, ja jednak pozostanę przy książce :)

czwartek, 12 lipca 2012

W pensjonacie dla studentów dzieją się dziwne rzeczy: zostają zniszczone lub znikają na pozór nie związane ze sobą przedmioty. Studenci mieszkający w pensjonacie to ludzie wszelkiej maści i narodowości, każdy ze swoim bagażem życiowym i wielu z tajemnicami do ukrycia. W gąszczu zagadek tylko Poirot będzie mógł się odnaleźć, a zależy mu też na tym prywatnie: dopóki w pensjonacie nie zapanuje spokój, Poirot jest narażony na pomyłki swojej skądinąd nadludzko skutecznej i zorganizowanej sekretarki - wszystko dlatego, że martwi się ona o swoją siostrę, która to zarządza wspomnianym pensjonatem.

Zakręcona intryga. Wiele angielskich spostrzeżeń na temat obcokrajowców - jak to Christie ni to serio, ni to z przymrużeniem oka :) Mnóstwo bohaterów oznacza mnóstwo różnorodnych charakterów, świetnie zarysowanych. Z przyjemnością przeczytałam w oryginale.

sobota, 07 lipca 2012

Tytuł powieści jest zaczerpnięty z Szekspira ("Juliusz Cezar"): "Pora przypływu stosownie schwytana wiedzie do szczęścia...", ale jak dodaje Poirot, "są także odpływy, które mogą porwać człowieka na bezkresne morza". Jest to motyw przewodni. Okazje, które się nadarzają, mogą znacznie poprawić (lub też pogorszyć) sytuację człowieka. Pytanie, czy się trafi na przypływ, czy odpływ.

Jest rok 1946, po wojnie i śmierci bogatego krewnego, mającego zabezpieczyć jej przyszłość, rodzina Cloadów nie może się odnaleźć i pogodzić z tym, że majątek dostał się w ręce młodziutkiej wdowy i jej bezczelnego brata. Powietrze przesiąknięte jest 'złą wolą', choć wszyscy udają uprzejmość wobec siebie. Coś musi się stać, i się z pewnością stanie, a osoby sprawców i motywy nie będą łatwe do odgadnięcia. Z dumą wiec donoszę, że wpadłam na część rozwiązania zagadki, co mi się u Christie jeszcze nie zdarzało.

Interesujący jest temat wpływu wojny na człowieka, poruszony przez autorkę. "Nie chodzi o fizyczne niebezpieczeństwa... Groźniejsze jest niebezpieczeństwo duchowe: wniosek, ze nieporównanie łatwiej żyć, kiedy przestanie się myśleć". Po wojnie, a także w przypadku rodziny Cloadów po utracie zabezpieczenia finansowego, trzeba samemu wziąć za swoje życie odpowiedzialność. A to może być trudne i przynieść zaskakujące odkrycie na temat własnego charakteru...

piątek, 27 stycznia 2012

Podobno, zabić może każdy. Czy to prawda? Pewnie wielu chociaż raz zastanawiało się nad swoją zdolnością do odebrania życia innej osobie. Czy ja potrafiłabym to zrobić? Jeśli tak, to w jakich okolicznościach? W obronie własnej lub swojej rodziny? Kiedy liczą się sekundy i działamy pod wpływem instynktu samozachowawczego, nie wydaje się to być niemożliwe. Ani łatwe, oczywiście. Ale jeśli nie będzie chodziło o sekundy, ani nawet minuty? Czy potrafiłabym zaplanować morderstwo? Pierwsze odczucie jest niezachwianie negatywne. A gdybym nie widziała innego wyjścia? Nie żyła w cywilizowanym kraju teraz, albo w epoce, kiedy kobiety świetnie (często lepiej od mężczyzn) radzą sobie z problemami, tylko w okolicznościach, gdy byłabym zdana sama na siebie? Czy potrafiłabym zabić wtedy? I w jakiej sytuacji rozważałabym jeszcze, czy wystarczająco zamknęłam na wszystkie spusty własne sumienie, a w jakiej - czy mam już dość odwagi? Nie jestem pewna odpowiedzi na wszystkie te pytania, mam jednak do tej zagadki mały kluczyk, którego nie ujawnię, by ten wpis nie stał się spoilerem. Powiem tylko, że Dolores miała ten sam. I zabiła. Ale rzecz nie w tym, że to zrobiła - przyznaje się do tego zaraz na początku powieści. Rzecz w tym, by poznać, jak do tego doszło i dlaczego. I wyobrazić potem siebie na jej miejscu...

W odróżnieniu od książki film mnie, niestety, nie zachwycił. I to pomimo dobrze zagranej roli Dolores przez lubianą przeze mnie Kathy Bates. Razem z mężem źle odebraliśmy przeniesienie sporej części akcentów z matki na córkę, które stworzyło tym samym trochę inną opowieść. Na tyle inną, że będąc świeżo po przeczytaniu, nie potrafiliśmy się wczuć, krzywiąc się na brak w filmie bardzo istotnych elementów, które King zgrabnie przeplatał, snując tę smutną historię...

wtorek, 10 stycznia 2012

Książkę przesłuchałam, bo w naszej miejskiej bibliotece jej nie ma (!). Jest z tych, które i tak kiedyś kupię, mimo, że przeczytałam i obejrzałam film. Albo może ktoś kiedyś da mi w prezencie :)

Pewnie większość osób czytających blogi o książkach, a tym bardziej piszących takie blogi ma tę pozycję dawno zaliczoną. Ale gdyby zabłąkał tu ktoś, kto się z nią jeszcze nie zetknął - parę słów o tej powieści.

Żadna to sensacja, kryminał, wartka akcja itd. Rzecz rozwija się powoli, dzieje się, zwłaszcza na początku, niby niewiele, ale detal po detalu poznajemy małe miasteczko Jackson w Missisipi i życie jego piękniejszej połowy - od najbardziej wpływowych białych żon i działaczek poprzez żony białe, ale nieistotne dla tych pierwszych aż po czarne służące (kogo to obchodzi żony czy też nie?). Lata 60te ubiegłego wieku w USA to nie tylko czas segregacji rasowej, ale i czas, kiedy żona musiała być piękna, modna, zawsze uśmiechnięta, działająca w organizacjach społecznych (np. zbierając pieniądze dla biednych murzynków z Afryki, mniejsza że nienawidzi tych, co mieszkają w tym samym mieście), wspierająca męża i mająca idealny dom i zadbane dzieci. Czas, kiedy kobieta musiała też być żoną. Nie dziwi mnie, że te młode dziewczyny potrzebowały pomocy (ang. tytuł The Help lepiej oddaje to znaczenie, jakie miały czarne służące w białych domach). W gruncie rzeczy wszystkie tu są ofiarami - i te białe, uwięzione w pułapce własnych stereotypów, i te czarne, zmuszone pozostawić własne dzieci w domu pod opieką starszego rodzeństwa, by wychowywać białe dzieciaki często niekochane przez własne matki. Nie było jednak tak jednakowo beznadziejnie w każdym domu. Jak i wszędzie, niektórzy nie ulegali stereotypom, biali pracodawcy wspierali swoje czarne pracownice, często dokonując wzruszających wręcz gestów, a one na zawsze pozostawały im wierne i wdzięczne. Ale tak jak nie mówiło się głośno o problemach segregacji, tak też nie wspominano na forum publicznym o tych gestach wzajemnej dobroci, w istocie zwyczajnej dobroci ludzkiej. Żeby poruszyć to bagienko, żeby przeciwstawić się całemu społeczeństwu, trzeba było odwagi i determinacji. To oczywiste. Ale przede wszystkim trzeba było odwagi w relacjach z samą sobą, szczerości wobec siebie samej, wiary, że "w świecie, w którym można być kimkolwiek, najlepiej być sobą". I to już problem ponadczasowy i dotyczący wszystkich ludzi bez wyjątku. Dlatego książkę polecam nie tylko kobietom.

Bardzo mi się podobał zabieg użyty przez autorkę, czyli wprowadzenie trzech narratorek. Jedna młoda odważna biała kobieta i dwie nie tak młode, ale nie mniej odważne czarne przedstawiają różne punkty widzenia na te same wydarzenia, co daje poczucie "słyszalności" myśli postaci (kiedy mamy jednego narratora, słyszymy myśli tylko jego jednego). Dodatkowym atutem polskiego audiobooka jest pięknie wykonana praca trzech polskich aktorek - Anny Seniuk, Anny Guzik i Karoliny Gruszki. Użyczyły one trzem narratorkom swoich głosów, znakomicie odczytując tekst powieści.

Nie zawiódł również i film. Ciekawe kreacje, nowe twarze, pełno humoru i wszystko współgra z książką, czego lubiący czytać chyba zawsze wymagają od ekranizacji.

Dla mnie uczta pod każdym względem!

P.S. Coś czego siłą rzeczy brakło w filmie, a jest bardzo ważne. Podziękowanie autorki skierowane na końcu książki do czarnej służącej, która pracowała dla jej własnej rodziny przez 50 lat, było dla mnie chyba najbardziej wzruszające... Oto fragment wywiadu z Kathryn Stockett na ten temat (in English):

piątek, 08 kwietnia 2011

Chyba niezbyt szczęśliwie się składa, że jest to lektura dla gimnazjum. Zapytałam córkę, czy jej się podobało, to przewróciła oczami i wyjęczała "beznadziejne!". Trudno mi ją winić tutaj za cokolwiek, skoro sama przeczytałam dopiero teraz. Ot, miałam w czasach  szkolnych taki okres buntu, kiedy czytałam książki tylko i wyłącznie białoruskie, którym w szkole mało poświęcano uwagi. Nie żałuję absolutnie, że je czytałam. Szkoda jednak, że nie czytałam też innych. Chociaż z drugiej strony - pewnie gdybym wtedy przeczytała "Starego człowieka", wyjęczałabym to samo, co córka. Nic się nie dzieje, stary kubański rybak Santiago wyrusza w morze, by dorwać większą sztukę, nie wiadomo, po co się męczy, a przy tym gada do siebie. Tak bym wtedy to odebrała niechybnie. A teraz? Trochę się zmieniło od tamtych czasów: czytając, popadałam w jakiś trans i czułam, że wszystko mnie w tej historii urzeka - i szacunek do starego ze strony wdzięcznego chłopaszka, i walka o swoje pomimo ograniczeń wieku, a już szczególnie ta gadanina do siebie, tak dużo mówiąca o charakterze bohatera. Już nie jestem nastolatką z głową w chmurach, co raz bliżej mi do refleksji na temat starości i umierania, już nie raz czuję, że fizycznie nie potrafię pewnych rzeczy, które kiedyś przychodziły z łatwością. Patrzę na staruszków wokół i zastanawiam się, co jest  w tym wieku gorsze: niemoc fizyczna czy psychiczna, nie daj Panie obu naraz! Starość, która na nas czeka (jeśli czeka), jest niepokojącą tajemnicą, a bycie obciążeniem dla bliskich, często upokorzenie, nie napawa optymizmem. Z drugiej strony mnóstwo jest wspaniałych przykładów godnej starości i staruszków wzruszająco młodych duchem! Bohater pewnej białoruskiej książki twierdził, że nie jesteśmy naprawdę starzy dopóki interesujemy się tym, co nowe, i chcemy się jeszcze czegoś nauczyć. Stary człowiek Hemingwaya pewnie by powiedział, że nie jesteśmy naprawdę starzy, dopóki chcemy złapać tę naszą rybę i gotowi jesteśmy z nią i o nią walczyć. Obyśmy mieli tyle sił, co Santiago!

piątek, 11 marca 2011

Jerry Burton, lotnik po ciężkim wypadku,  i jego siostra Joanna udają się na głuchą wieś, do spokojnego Lymstock, by Jerry mógł spokojnie dochodzić do siebie, niczym się nie przejmować i koniecznie się nudzić. Nie będzie mu to jednak dane, a wszystko zacznie się od paskudnych anonimów, a skończy się dużo bardziej skomplikowanie. Panna Marple nie pojawi się od razu, ale oczywiście będzie niezbędna do rozwikłania zagadki.

Tym razem zostałam całkowicie wpuszczona w maliny i nawet nie podejrzewałam, jak się sprawy mają naprawdę. Pocieszyłam się jednak tym, że intrygę zgoła nie kryminalną, jak i jej rozwiązanie, przewidziałam od pierwszej sceny :)

Książka ujęła mnie specyficzną atmosferą małej angielskiej miejscowości, gdzie wszyscy się znają i wszystko o wszystkich wiedzą (albo tak się wydaje). Nie wiedzieć czemu (w końcu sprawy nieprzyjemne toczyły się swoim torem) aż się chciało tam przenieść, właściwie czułam się, jakbym juz tam była, obserwowała utarte zwyczaje i podglądała wyraziście obmalowaną przez autorkę plejadę ciekawych postaci. Specyficzny klimat, tchnący angielskością i "sielskością", sprawił, że "Zatrute pióro" podobało mi się jak dotąd najbardziej z ostatnio czytanych powieści Lady Agaty.

 

piątek, 11 lutego 2011

Poirot dostaje listy od tajemniczego A.B.C., w których zapowiadane są kolejne morderstwa. Dlaczego morderca wybrał Poirota? Jak dobiera miejsca zbrodni i ofiary? Ile osób musi zginąć, zanim słynny detektyw rozwiążę tę nietypową zagadkę? Przyznaję, że tym razem zostałam całkowicie wpuszczona w maliny - rozwiązanie bardzo mnie zaskoczyło :) Poza tym, podobał mi się klimat tej powieści - spokojny Poirot wśród zrozpaczonych krewnych ofiar i zbyt pewnych siebie policjantów, posądzany o tracenie czasu na bezowocne rozmyślania. Jednak on, jak zawsze, wie, co robi... Ciekawe, że w "ABC" znajduje się zapowiedź intrygi z  powieści "Karty na stół", z kolei w "Kartach..." jest wzmianka o rozwiązaniu przez Poirota zagadki ABC, z czego jest bardzo dumny. Obydwie książki są z tego samego roku (1936).

niedziela, 06 lutego 2011

Co się stanie, jeśli morderca, który popełnił zbrodnię przed laty i uszło mu to na sucho, poczuje się zagrożony przez osobę, która domyśliła się jego tajemnicy? Czy zamorduje ponownie, by sekret nie został ujawniony? A co się stanie, jeśli takich morderców będzie aż 4 i zostaną oni zgromadzeni w jednym pokoju przy partyjce brydża, obserwowani przez gospodarza, mającego ubaw po pachy z dręczenia emocjonalnego ludzi, których tajemnice posiadł? Wiadomo, zostanie on zamordowany. Przez doktora? Starszą panią? Majora? Piękną pannę? Każda z tych osób mogła zabić, ale która tym razem? Poirot oczywiście domyśli się wszystkiego. Mnie się nie udało wykryć sprawcy przed czasem, choć teraz, kiedy juz wiem, jakim tropem należało podążać, wydaje mi się, ze to takie proste. Kilka zwrotów akcji, ciekawa metoda Poirota i  znakomita zabawa przede wszystkim.

czwartek, 13 stycznia 2011

Właśnie skończyłam słuchać audiobooka H. Cobena "Zachowaj spokój". Wciąż jestem pod wrażeniem z powodu 2 rzeczy. Po pierwsze, forma audiobooka - mimo, że słyszymy wciąż, jak bardzo jest fajna i w ogóle - wcale nie przekonała do siebie, jak dotąd, zbyt wielu osób. Ja osobiście nie znam nikogo, kto by ich słuchał (chyba, że się nie przyznali). Oj, przepraszam, skłamałam. Słucha mój syn Michał, ale to z czystej nienawiści do czytania lektur :) Sama, mimo że teoretycznie wiem, że to ciekawa i wygodna forma (w końcu to ja zapoznałam Michała z taką mozliwością), niewiele na razie słuchałam. Literaturą piękną - jako wzrokowiec - wolę sycić się w tradycyjny sposób. Z tego samego powodu (bycia wzrokowcem) wolę czytać te książki, które mają zostawić w mojej pamięci jakieś informacje. Ale irytujace jest to, że przez takie podejście w ogóle prawie nie czytam - 3 dzieci dostarcza zajęć na bieżąco. Kura domowa z założenia nie ma czasu na książki, choć taka, jak ja, w skrytości ducha nienawidzi tych zajęć, które jej to uniemożliwiają. A tu od 3 dni zmywam i sprzątam bez zgrzytania zębami - więcej, w ogóle tego nie zauważam, bo... słucham thrillera Cobena. Nie jest to literatura piękna, ani nic takiego, nad czym się trzeba wysilać, by coś tam zapamiętać - tak, więc chyba znalazłam coś dla siebie w tej kategorii. Po drugie, fajny ten thriller. Niby nie spodziewałam się niczego wielkiego, ale sprytnie poplątane i zaskakujące na końcu - tak, jak i powinno, a najbardziej trafiło do mnie, ponieważ porusza temat dylematów rodzicielskich - tego, jak daleko możemy się posunąć w trosce o to, by chronić nasze dzieci przed tym niebezpiecznym światem. Dla mnie bardzo aktualne, dla każdego chyba będzie wciągające, jednym słowem gorąco polecam :)

 

(wpis przeniesiony z kura.blox.pl)

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Autorki klasycznych powieści kryminalnych nie trzeba nikomu przedstawiać (chyba że młodszemu pokoleniu, które mało czyta, niestety). Klasyka to klasyka, co tu dużo mówić. Tak więc, będzie bardzo krótko. W bibliotece pewnej rezydencji znajdują ciało młodej dziewczyny, której nikt z mieszkańców nie zna. Rozpoczyna się śledztwo, z pomocą wkracza panna Marple, detektyw-amator, ktorą spotkamy w wielu powieściach Christie, a uważny czytelnik ma szansę na samodzielne rozwiązanie zagadki (a przynajmniej na wskazanie mordercy). Czyta się błyskawicznie i tu trzeba uważać, by nam jakiś ważny szczegół nie umknął. Bardzo przyjemnie spędzony czas - aż nabrałam ochoty na więcej.

W kwestii nocy: akcja w sumie toczy się za dnia, nocą zostaje jedynie popełnione morderstwo, o którym na początku nic nie wiemy, oraz również nocą wiele się wyjaśni. Taka klamra: noc-zagadka i noc-rozwiązanie, a w środku wyścig czytelnika z autorem przy dopasowywaniu elementów układanki. Fakt, że w oryginalnym tytule (The Body in the Library) nie ma nocy, moim zdaniem niczego tu nie zmienia - czy zastanawiamy się nad tym, do kogo należy i skąd się wzięło ciało, czy nad tym, co się działo owej nocy, chodzi o to samo.

poniedziałek, 03 stycznia 2011

Do czytania skłoniła mnie ekranizacja książki z 2008 roku (jak się okazało, bardzo okrojona z wątków, ale świetnie oddająca ogólny klimat), a także to, że pisarstwo Lindqvista i skandynawska literatura jako taka nie są mi bliżej znane.

Na okładce polskiego tłumaczenia czytamy, że „Wpuść mnie” jest „niezwykłym połączeniem literackiego horroru z powieścią psychologiczną”. Zgadzam się z tym i nie zgadzam jednocześnie. Tak, jest to zdecydowanie powieść psychologiczna, ukazująca to, jak bardzo potrzebujemy przyjaźni w naszym życiu, jak trudno znaleźć prawdziwego przyjaciela, zwłaszcza jeśli jesteśmy nie tylko nie-przebojowi, lecz wręcz całkowicie wyobcowani w swoim środowisku. Potrzeba bratniej duszy jest tak silna, że kiedy już takową odnajdziemy, może się okazać, że nie będzie nam wcale przeszkadzać, że jest to choćby… wampir. Coś takiego przydarza się głównej postaci powieści – Oskarowi, szóstoklasiście, mieszkającemu na przedmieściu Sztokholmu i będącemu ofiarą przemocy rówieśników. Zaprzyjaźnia się on z wampirem Eli, który/która wprowadza się do sąsiedniej klatki pewnej nocy. Rzecz jasna, nie będzie sielankowo, będą komplikacje, krwawe sceny i wszystko, co powinno się znaleźć w horrorze o wampirach. Ale musze przyznać, że „wampirza” strona książki nie była dla mnie najstraszniejsza, choć sugestywna. Dlatego, że najmroczniejsze wrażenia zostają po przeczytaniu o pragnieniach i czynach ludzi. Można pokusić się też o stwierdzenie, że wampiry w tej książce różnią się od siebie w zależności od tego, jakimi ludźmi byli poprzednio, choć nie jest to jakoś specjalnie podkreślone. Po przeczytaniu książki mam mieszane uczucia , choć w trakcie czytania trudno mi się było oderwać. Było kilka chwil, kiedy zastygłam z obrzydzenia i nie chodziło bynajmniej o picie krwi. Były momenty, kiedy współczułam wampirom. Ogólne odczucie pozostało takie, jakbym właśnie wróciła z miejsca, gdzie panuje wieczna noc. Pod tym względem nie pomyliłam się, wybierając tę książkę jako lekturę do wyzwania. Noc jest w niej wszędzie, nawet jeśli rzecz się dzieje za dnia. Czytałam głównie nocą, co pewnie spotęgowało moje wrażenia. Sprzyja pewnie temu również umiejscowienie akcji w Szwecji jesienią/zimą – wiadomo, krótki dzień i długa pora mroku. Noc ma różne znaczenie dla różnych postaci powieści – dla wampira noc to życie, aktywność, uczta, dla Oskara – bezpieczeństwo, bo w mroku staje się jakby niewidzialny, a więc nieosiągalny dla swoich prześladowców, dla jeszcze innych może to być środek do osiągnięcia celu, pora zapomnienia o codziennych kłopotach lub chwila obcowania z Bogiem. Dzień jest przeraźliwie ponury, jak życie w sztucznie stworzonej dzielnicy bez kościoła, historii, tradycji. Noc może być straszna, ale i piękna, gdyż okrywa „wiecznością, głębią, przestrzenią” całą brzydotę ludzkiego świata, opisanego przez Lindqvista.

 

-------------

Jeśli ktoś z Was oglądał remake z 2010, proszę o komentarz, czy warto obejrzeć.